„Judasz”, czyli powieść o zdradzie dla odpornych na jesienny spleen

judaszJerozolima, lata pięćdziesiąte XX wieku. Na Szmuela Asza, dwudziestokilkuletniego studenta, spadają dwa dotkliwe ciosy. Najpierw ukochana, Jardena, zrywa z nim i wychodzi za mąż za swojego poprzedniego chłopaka. Potem ojciec Szmuela bankrutuje. Chłopak pozbawiony materialnego wsparcia musi porzucić pisanie pracy magisterskiej i jak najszybciej znaleźć zatrudnienie. Ogłoszenie na uczelni wiedzie go na przedmieścia miasta, gdzie w białym domu obrośniętym winogronem mieszka pewien nieszczęśliwy starzec i samotna kobieta.

Tak zaczyna się najnowsza powieść Amosa Oza „Judasz”. Akcja książki jest kameralna. Potoki słów wypowiadane w salonie, spotkania bohatera i bohaterki w kuchni, spacery po mieście to właściwie wszystko, co dzieje się w czasie rzeczywistym. Więcej daje spojrzenie wstecz: historia cofa się do ogłoszenia przez Izrael niepodległości i do wojny izraelsko-arabskiej z 1948 r. I jeszcze dalej, w odległą przeszłość, o której bohaterowie rozmawiają tak, jakby była teraźniejszością.

Co pisali Żydzi o Jezusie na przestrzeni dziejów? Kim był Judasz, najbogatszy z apostołów? Te pytania są u Oza równie ważne jak wątek miłosny, z którym splatają się i przecinają.

Zrozumieć zdrajcę

Oz odczytuje postać Judasza na nowo. W jego powieści Judasz nie zdradza dla pieniędzy – w przeciwieństwie od pozostałych apostołów, biedaków z Galilei, jest właścicielem majątku ziemskiego i trzydzieści srebrników to dla niego tyle co nic. Co więcej, choć został wysłany między uczniów Jezusa przez kapłanów, porzuca swoją misję i staje się najgorliwszym wyznawcą Nazarejczyka. Najmocniej z dwunastu wierzy w jego boskość, słowa i misję, w duchową wizję świata. A zatem dlaczego doprowadza do Golgoty? Tego nie wyjawię, napiszę tylko, że odpowiedź, jaką daje Oz, jest wiarygodna. W jego książce Judasz popełnia samobójstwo nie nękany spóźnionymi wyrzutami sumienia, ale z rozpaczy.

Tym, co uderza w interpretacji Oza, gdy pisze o Judaszu, jest nieagresywność. W naszej emocjonalnej kulturze zdrajca nie zasługuje na uważniejsze spojrzenie, na analizę. Ze zdrajcą się nie rozmawia, nie próbuje się go zrozumieć, przeniknąć motywów jego działania. To sprzedawczyk, zaprzaniec, odstępca, judasz właśnie. Oz odrzuca taki łatwy podział świata, przyznaje zdrajcy prawo do cierpienia. Zdrada, która w książce jest motywem przewijającym się przez wszystkie wątki, stanowi naturalną konsekwencję wolności człowieka.

Innym intrygującym powieściowym zdrajcą jest ojciec głównej bohaterki. Abrabanel, przeciwnik Ben Guriona, nie chciał powstania państwa Izrael, przekonany, że doprowadzi to do nierozwiązywalnego konfliktu ze światem arabskim. Naturalnie takie poglądy skazały go na ostracyzm. Ta postać zdumiewa, nie przypominam sobie polskiej powieści, w której pojawiłby się bohater odrzucający niepodległość kraju w imię ogólnoludzkiego braterstwa. Taka figura jest w rodzimej literaturze w ogóle nie do pomyślenia (a szkoda, byłby to koncept co najmniej oryginalny).

Samotni wśród samotnych

Meteopatów unikających jesienią utworów nastrojowych wypada ostrzec: „Judasz”, jak wszystkie powieści Oza, jest książką smutną. Miłość jest w niej dana tylko na chwilę i nie ma szans nikogo uszczęśliwić. Jeśli coś w życiu człowieka jest stałego, to samotność. Wierność przekonaniom, starzenie się tylko powiększają osamotnienie. Światełko w tunelu zapala jedynie młodość; nadzieję mogą zachować tylko ci, którzy ciągle mają komfort wyboru drogi życiowej, którzy nie podjęli jeszcze ostatecznych życiowych decyzji.

Co jeszcze? „Judasz” wzrusza, lektura od pierwszych stron nastraja melancholijnie. Wzruszenie – przynajmniej moje – budziły nazwy miejsc i nazwiska osób, sam dźwięk takich słów jak Atalia Abrabanel, Gerszom Wald, Nachalat Sziwa czy Jegia Kapaim. Główny bohater, samotny i nieporadny, astmatyk nierozstający się z inhalatorem, także wywołuje czułość. Jerozolima pokazana głównie nocą, pusta i zalana światłem mlecznego zimowego księżyca, wydaje się miejscem nie z tego świata.

Podczas czytania chciałam, by w wątku Szmuela działo się więcej, i by książka przez to była dłuższa. Liczy raptem 350 luźno zadrukowanych stron, jak na powagę tematu, wcale nie tak dużo. Z drobiazgów ucieszyło mnie, gdy w bibliotece jednego z bohaterów, oprócz obowiązkowych powieści rosyjskich, znalazły się również książki polskie: Mickiewicza i Tuwima. Który jeszcze z zagranicznych pisarzy ustawia na półkach swoich bohaterów dzieła Polaków? Nie przypominam sobie takiego przypadku.

Podsumowując – „Judasz” to piękna, poważna i mądra książka. Z podanych wyżej powodów wielu może się nie spodobać.

Amos Oz, Judasz, wyd. Rebis 2015

„A co gdyby”, czyli nie ma nic zabawniejszego niż… nauka

A co gdybyDawno temu – niestety dawno temu – nudziłam się z kolegami na fizyce. Jak zwykle w takich okolicznościach zastanawialiśmy się nad abstrakcyjnymi sprawami (na przykład, czy demokracja ateńska to najlepiej wymyślony ustrój albo jak wyglądałby wzór na kolejne potęgi sumy dwóch liczb). Zagadnienie, które nas zainteresowało na tamtej lekcji, było proste – czy to prawda, że bagno wciąga? Na przerwie poszliśmy do nauczycielki i zadaliśmy jej to pytanie.

Sytuacja rozwinęła się w niespodziewany sposób. Okazało się, że nasza fizyczka nie zna odpowiedzi, więc postanowiła skonsultować się z innymi nauczycielami. Jak się wkrótce dowiedzieliśmy, problem omawiał interdyscyplinarnie cały pokój nauczycielski (czego też ten mat-fiz nie wymyśli!). Ostatecznie nikt nie umiał nam kwestii bagna wystarczająco dogłębnie wyjaśnić – co nas specjalnie nie zmartwiło, bo zainteresowaliśmy się już czymś innym.

Co by było gdyby

Historia z bagnem przypomniała mi się podczas lektury „A co gdyby”. To zbiór najdziwniejszych, najbardziej absurdalnych, najciekawszych, paradoksalnych – krótko mówiąc najbardziej wystrzałowych pytań naukowych, jakie lęgną się w umysłach internautów. Przesłali je na stronę xkcd.com, a jej autor, Randall Munroe, znalazł na nie jeszcze bardziej wystrzałowe odpowiedzi.

Munroe to człowiek legenda. Pracował dla NASA i zajmował się robotami, ale zdecydował się rzucić tę nudną i słabo płatną pracę, by zostać… rysownikiem komiksów internetowych. I właśnie jako rysownik zdobył sławę. Jego komiksy znają wszyscy internauci choć minimalnie zainteresowani nauką – są śmieszne, intrygujące i zawsze poprawne od strony wiedzy. Munroe odpowiada również na dziwaczne pytania, a zbiór najlepszych został właśnie wydany w formie książki.

Czytając ją, nie mogłam zdecydować, czy bardziej zdumiewają mnie problemy, jakie zaprzątają ludzi (Co by było, gdyby łódź podwodna znalazła się na okołoziemskiej orbicie? Jaką moc miał Yoda? Co by było, gdyby ziemia zaczęła się powiększać?), czy też sposób, w jaki Munroe się z nimi rozprawia. Jego wyjaśnienia są totalne, bezkompromisowe i paraliżująco śmieszne. Traktuje serio nawet najbardziej absurdalne kwestie i drąży tak długo, aż je rozgryzie. By rozstrzygnąć, z jakiej wysokości należy zrzucić stek, żeby upiekł się w czasie lotu, studiuje na przykład publikacje opisujące rozgrzewanie się nosów rakiet ICMB podczas wchodzenia w ziemską atmosferę i symulacje przepływu ciepła przez różne kawałki mięsa. Jego odpowiedzi mogą wzbudzić gwałtowną potrzebę zostania matematykiem – no bo czy jest coś wspanialszego niż umiejętność policzenia, czy dałoby się zbudować plecak odrzutowy z kałasznikowów?

Potęga wyobraźni

Nie mogę się powstrzymać – teraz będzie spojler. Jedno z pytań, na które odpowiada Randall, brzmiało: ile ważyłby mol kretów (angielska gra słów: mole of moles). Po dokładnym wyliczeniu Munroe zaczyna snuć naprawdę szaloną wizję. Mol kretów dałby nam – tłumaczy – planetę nieco większą od Księżyca. Planeta ta dryfuje swobodnie w przestrzeni kosmicznej, a w tym czasie z kretami, naturalnie martwymi, dzieją się niepokojące rzeczy. Te najgłębiej jądra planety, znajdujące się pod dużym ciśnieniem, nie rozkładają się – tysiące megapaskali zabijają bowiem wszystkie konieczne do tego bakterie. Te bliżej powierzchni podgrzewają się stopniowo pod wpływem działania bakterii beztlenowych, aż zamienią się w ropę naftową. Powierzchnia makabrycznego globu składa się z zamrożonych futerek. Krecią planetą od czasu do czasu wstrząsają erupcje. Powietrze uwalniające z się z płuc kretów oraz metan rozrywają lodową skorupę i wyrzucają w kosmos krecie szczątki.

Przepraszam, jeśli wizja krecich gejzerów nie da komuś spać, ale nie mogłam sobie darować. To zdecydowanie najbardziej dziwaczny koncept rozważany poważnie od strony naukowej, o jakim kiedykolwiek słyszałam.

Dla kogo, dlaczego

„A co gdyby” czyta się z niesłabnącą ciekawością. Połykałam ją stronę po stronie podziwiając na zmianę inwencję zadających pytania i autora. Gęsto przetykające kolejne strony oryginalne rysunki Munroe sprawiają, że książka nadaje się na prezent dla młodszych czytelników (o ile jesteśmy gotowi zaryzykować, że dziecko nasze lub znajomych nagle zapragnie zdobyć doktorat z nauk ścisłych). Spodoba im się również, jak często na stronach „A co gdyby” jest mowa o wybuchach, eksplozjach, implozji, zniszczeniu Ziemi i całej ludzkości. (Właściwie jest o nich mowa cały czas).

Mnie to bawiło, z czasem jednak złapałam się na myśli, że autor mógłby skierować swój dociekliwy umysł na nieco doroślejsze i choć trochę utylitarne kwestie. I natychmiast się zastanowiłam – skąd mi to przyszło do głowy? Czy stąd, że wiedza, głównie na skutek podlegania obowiązkowi szkolnemu, kojarzy nam się z czymś posągowo poważnym? I czy w ten sposób nie robimy jej i sobie samym krzywdy? Najlepszych popularyzatorów nauki, którzy przy okazji są najczęściej znakomitymi naukowcami, łączy przecież gotowość odpowiedzi na najdziwniejsze pytania, ochota do zabawy wiedzą, nieustanna chęć przeprowadzania eksperymentów, myślowych i faktycznych. Nie ma równania matematycznego, chemicznego wzoru, fizycznej teorii, którym zaszkodziłby żart – niezliczonym rzeszom uczniów zostały jednak zohydzone przez konieczność stania przed nimi zawsze na baczność.

Podsumowując – nauka nie tylko nie jest nudna, ale może być też najzabawniejszą pożywką dla naszego umysłu, jaką dotychczas wymyśliliśmy. Jeśli ktoś nie wierzy, niech przeczyta „A co gdyby”.

PS. Co do bagna, na mój obecny, dorosły nos wcale nie wciąga, tylko topią się w nim ci, którzy nie umieją pływać. Ale nie dam sobie nosa uciąć.

Randall Munroe, A co gdyby, Czarna Owca, 2015 r.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Business & Culture.

„Skandynawski raj”, czyli wikingowie lekkim piórem opisani

skandynawski-raj-o-ludziach-prawie-idealnych-b-iext30260463Duńska dziennikarka wróciła do ojczyzny po kilku latach pobytu w Waszyngtonie. Podczas kolacji ze znajomymi ktoś zapytał ją, jak w amerykańskiej szkole radził sobie jej syn. – Znakomicie – odpowiedziała z entuzjazmem. – Był najlepszy w klasie! Po tej wypowiedzi przy stole zapadło grobowe milczenie.

Dlaczego? Co Dunka, przez dłuższy czas mieszkająca za oceanem, zrobiła nie tak? Odpowiedzi dostarcza książka „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych”  Michaela Bootha, brytyjskiego dziennikarza specjalizującego się dotychczas w tematyce kulinarnej.

Booth jest mężem Dunki, od lat mieszka w Kopenhadze, z krajów nordyckich najlepiej zna więc Danię. Wielokrotnie odwiedził również Islandię, Norwegię, Finlandię i Szwecję. Łączy je sporo: jednorodne społeczeństwo, egalitaryzm, wysokie podatki, powściągliwość i przywiązanie do zasad oraz – poza Szwecją – powszechna niechęć do Szwecji.

Straszni wikingowie

Kraj po kraju Booth dekonstruuje skandynawski mit. Duńczycy od lat plasują się na pierwszym miejscu rankingów najbardziej szczęśliwych ludzi na świecie. Pracują najmniej w Europie i najbardziej sobie ufają. Wydawałoby się – żyć nie umierać. A jednak od 50 do 70 proc. ich pensji pochłaniają gigantyczne podatki, które na dodatek nie są wydawane szczególnie sensownie (opis wizyty w duńskim szpitalu nadawałby się na nagłówek na gazecie.pl). Duńską codzienność przenika z kolei duch hyggelig, przytulnej kolektywnej poprawności, która zakazuje poruszania w czasie spotkań towarzyskich jakichkolwiek tematów poważnych i kontrowersyjnych. No i dlaczego – pyta Booth – dlaczego wszyscy Duńczycy tak kochają to nieznośne wspólne śpiewanie?

Podobnie dostaje się innym Skandynawom. Islandczycy to dzikusy, którzy pogrążyli swój mały kraj w spektakularnym kryzysie finansowym. Norwedzy tak się wzbogacili dzięki odkryciu ropy naftowej, że spoczęli na laurach i nawet nie chce im się obierać bananów (zatrudniają w tym celu Szwedów). Finowie to zakompleksieni macho z wydumanym problemem alkoholowym, a Szwedzi wreszcie, milczący, niekontaktowi, z szajbą na punkcie punktualności, tak bardzo unikają kontaktów z innymi, że są gotowi chodzić po schodach, byle tylko nie znaleźć się z obcym samemu w windzie.

To wszystko naturalnie żarty, lecz nie do końca. Najciekawszy dla mnie fragment książki dotyczył tzw. praw Jante. Ten zestaw fikcyjnych reguł, które spisał w jednej ze swych powieści duński pisarz Aksel Sandemose, jest znany w całej Skandynawii. Booth sugeruje, że w mniejszym lub większym stopniu nadal kształtuje postępowanie ludzi w regionie nordyckim.

Prawa Jante zapierają dech w piersiach. Brzmią następująco (cytuję za Boothem):

Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.
Nie sądź, że nam dorównujesz.
Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
Nie sądź, że wiesz więcej od nas.
Nie sądź, że jesteś czymś więcej niż my.
Nie sądź, że jesteś w czymś dobry.
Nie masz prawa śmiać się z nas.
Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.
Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.

Mocne, prawda? Kto chciałby mieszkać między ludźmi myślącymi w ten sposób?

Lekka potrawa

„Skandynawski raj” to pozycja momentami bardzo zabawna, napisana lekko i przyjemnie. Jest w niej trochę o historii poszczególnych krajów, co nieco o gospodarce i – przepraszam za wyrażenie – o stosunkach społecznych, ale Booth nie jest Gladwellem i w poważniejszych fragmentach nie wypada przekonująco. Natomiast dobrze wychodzą mu żartobliwe uwagi o ludziach i narodach, obserwacje z przyjęć, ulic i autobusów – przy lekturze można się pośmiać, ciesząc się w duchu, że autorowi nie przyszło do głowy zwrócić swojego ironicznego spojrzenia na Polaków. Nie jestem przekonana, czy książka dostarcza dużo pogłębionej wiedzy o Skandynawach, ale na pewno uprzyjemni dwa przeciągające się wieczory.

Na koniec zacytuję z pamięci mój ulubiony żart. Booth zauważa, że Finowie niezwykle rzadko mówią o swoich uczuciach, a już wyznanie miłości wyrywa im się z ust od wielkiego dzwonu. Powiedzieć „kocham” to dla nich jak nacisnąć wielki czerwony przycisk na pokładzie Enola Gay – pisze Booth – można to zrobić tylko raz, po bardzo długim locie, i dopiero wtedy, gdy upewnimy się, że jesteśmy nad celem.

Michael Booth „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych”, 2015

„Pozdrowienia z Korei” – czyli typowa lektura nieobowiązkowa

pozdrowienia-z-korei-uczylam-dzieci-polnocnokoreanskich-elit-b-iext28704479Kilku młodych mężczyzn pochyla się nad trawnikiem. Kucają jeden obok drugiego. Pozostaną w tej pozycji kilka godzin. Żaden się nie skarży – ani na to, co robią, ani czym. Na polecenie przełożonych strzygą trawę… nożyczkami.

Tę scenę wielokrotnie widziała Suri Kim, pochodząca z Południowej Korei Amerykanka, która pracowała jako nauczycielka na uczelni w stolicy Korei Północnej. Suri Kim udało się tam zatrudnić na jeden semestr. Swoje doświadczenia opisała w książce „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit”.

Nauka w więzieniu

PUST (to skrót nazwy owej uczelni) jest nietypową placówką – zbudowana w Pjongjangu  i prowadzona przez misjonarzy za pieniądze gmin ewangelickich z całego świata. Dlaczego północnokoreański reżym wyraził zgodę na jej powstanie? Ponieważ potrzebował ośrodka, w którym w bezpiecznych, starannie kontrolowanych warunkach uczono by angielskiego dzieci notabli.

Bezpieczne warunki to określenie eufemistyczne – lista zakazów, jakich musieli przestrzegać nauczyciele, niewiele różniła się od reguł obowiązujących w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Przede wszystkim nauczyciele uczyli zawsze w parach. Musieli zatwierdzać u opiekunów plany wszystkich lekcji i wszystkie proponowane materiały (np. rysunki domu, drzewa czy krzesła). Mieszkali w kampusie, którego nie wolno im było opuszczać. Jeszcze na lotnisku zabrano im telefony komórkowe i paszporty, a ich poczta emailowa podlegała cenzurze. Raz w tygodniu wieziono ich do tego samego centrum handlowego; za benzynę i pracę kierowcy płacili z własnej kieszeni. Pobyt w Korei Północnej umiliło im jedynie kilka wycieczek do starannie wybranych miejsc (typu farma jabłek czy muzeum zawierające wyłącznie prezenty, jakie dostali z różnych krajów przywódcy Korei).

Lista tematów, jakie mogli poruszać w rozmowach z uczniami, była ściśle określona. Nie wolno im było chwalić swoich krajów ani dokonywać porównań. Nie mogli pytać uczniów, kim są ani kim są ich rodzice. Nie mogli prostować kłamstw propagandowych (Korea Północna nadal toczy formalnie wojnę z Koreą Południową, KPłd i Stany Zjednoczone to jej największy wróg). Jednak mimo tych obwarowań półroczny kontakt ze studentami z Korei Północnej okazał się oszałamiającym doświadczeniem.

Jak u Orwella

Życie w permanentnym zakłamaniu… Dwudziestoletni uczniowie Suri Kim ani razu nie poskarżyli się, że ich krajowi lub im osobiście czegoś brakuje. Więcej – domagali się od niej przyznawania, że np. Pjongjang to najpiękniejsze miasto świata, a miejscowy makaron to najlepsza potrawa, jaką kiedykolwiek jadła. Nie wiedzieli, że istnieje coś takiego jak internet, lub że telewizja na Zachodzie może mieć kilkaset kanałów. Z niedowierzaniem słuchali o poprzednich podróżach nauczycielki. Na następnych zajęciach kilka ze studentów zaczęło twierdzić, że oni też latają na wakacje samolotem.

Kim polubiła swoich uczniów, współczuła im i w miarę możliwości próbowała choć w szczątkowy sposób informować, jak naprawdę wygląda życie w zewnętrznym świecie. Jednak nawet ją zdumiewało, jak łatwo jej studenci kłamali w oczywistych sprawach. W ogóle ci dwudziestokilkulatkowie zachowywali się jak znacznie młodsi chłopcy – bardzo ambarasowało ich na przykład, jak poderwać dziewczynę. Na pytanie, jaka powinna być ich przyszła żona, odpowiadali zgodnie: posłuszna. Podzieleni byli na grupy, z których każda miała wybranego gospodarza, trzymali się zawsze w odgórnie ustalonych parach. Żyli w wiecznym kolektywie, od rana do wieczora, bez kontaktu z rodzicami, bez żadnych rozrywek. Gdy jeden miał urodziny, koledzy przygotowywali dla niego skecze i śpiewali mu piosenki. Nie mogli nigdzie wyjść, telewizja, jeśli działał prąd, nadawała kilka godzin dziennie, wyłącznie programy propagandowe lub seriale chińskie i radzieckie z lat 50-tych. Ich życie, choć w Korei Północnej wygrali los na loterii, wydawało się nieprawdopodobnie smutne i trudne.

„Pozdrowienia z Korei” to bardzo ciekawa, ale niestety również słaba książka. Autorka pisze przeciętnie i zupełnie niepotrzebnie wplata do opowieści swoje problemy sercowe (wstawki o kochanku w NY są zwyczajnie zbędne). Dobrze oddaje klaustrofobiczny klimat zamknięcia w PUST, ale właściwie pomija historie i motywacje innych nauczycieli (działalność misjonarska w warunkach, w których nie wolno wymówić słowa Bóg, jest pomysłem dość oryginalnym, chciałoby się usłyszeć o tym więcej). Po lekturze, łatwej i prędkiej, pozostaje uczucie niedosytu.

„Szczygieł” – literatura popularna czy arcydzieło?

szczygielPierwsze wrażenie: czytanie tej książki przypomina bujanie się w hamaku. Długie harmonijne zdania kołyszą, płynnie zlewają się w akapity i rozdziały. Jest miło i nic po za tym. Drugie wrażenie: tonę w gargantuicznej ilości szczegółów, mam wrażenie, że w „Szczygle” zapisane zostały wszystkie myśli i odczucia głównego bohatera, każda minuta jego życia. Opisy pomieszczeń, taksówek, ulic ciągną się bezlitośnie w równym rytmie. Jak ktoś lubi smakować i dotykać, to lektura dla niego, za jedyne 49,90 poleci do Nowego Jorku i Las Vegas w obie strony. Trzecie wrażenie: opowieść o chłopcu, który w nadzwyczajnych okolicznościach stracił matkę, i trafia do kolejnych lepszych lub gorszych opiekunów, nie grzeszy oryginalnością, panowie Dickens i Twain uchylają kapeluszy.

Czytam wytrwale, co wieczór, to już wchodzi mi w zwyczaj, z czasem robię się zadowolona, że książka jest taka gruba (prawie 900 stron!). Mam cały czas w pamięci trwającą dyskusję o „Szczygle” – czy literatura środka, jaką jest powieść Donny Tartt, zasługuje na oprawę i miano wielkiej powieści? Sama autorka stwierdziła, że to właściwie „powieść młodzieżowa”, jakby próbując się usprawiedliwić. Niepotrzebnie.

Żółty konik d’Artagnana

A teraz zmiana tematu – mój ulubiony pisarz. Nie największy, nie najlepszy, tylko właśnie ulubiony. Nic oryginalnego, to Aleksander Dumas. Żadnej lektury nie pokochałam bardziej niż „Trzech muszkieterów”. W okresie nastoletnim właściwie nauczyłam się tej książki na pamięć i do dziś bez wysiłku odtwarzam w pamięci ulubione sceny, np. obiad u prokuratorowej, w czasie którego biednym pisarczykom skąpi gospodarze wielokrotnie rozcieńczają wino. Ciepło wspominam także kolejne części „Muszkieterów”, zwłaszcza „Dwadzieścia lat później”, oraz oczywiście „Hrabiego Monte Christo” (nie zliczę, ile razy uciekałam z twierdzy If). Od strony literackiej książki te mają tysiąc wad, są przegadane, miejscami patetyczne do granic grafomanii. Dumas to, oceniając obiektywnie, średnia literatura popularna. Ale co mnie to obchodzi? Nic, kocham i już! (A książę de Beaufort uciekający z więzienia dzięki linie podesłanej w pasztecie? A tajna skrytka kardynała de Mazarine?…)

Przyjemnej lektury!

Oczywiście Donna Tartt i jej „Szczygieł” nie mają szansy stać się ikonami jak Dumas i „Trzej muszkieterowie”. Ani wątek o dorastaniu, ani nawet sensacyjne losy małego obrazu, który przypadkiem trafia w ręce głównego bohatera, nie pozostają w pamięci na dłużej. Książka ma wszystkie wady, które przypisują jej krytycy: jest za długa, momentami przegadana, końcówka ciągnie się niemiłosiernie, a stereotypy w przedstawianiu narodowości (choćby Rosjan) nie wystawiają najlepszego świadectwa wyobraźni autorki. A jednak „Szczygła” czyta się potoczyście – szczególnie dobrze pierwszą jedną trzecią, kiedy akcja dzieje się w Nowym Jorku – oferuje kilka zwrotów akcji i sensowne zakończenie. Na pewno wypada lepiej niż równie gruba powieść Eleanor Catton „Wszystko, co lśni” (dobrnęłam do 180 strony i dalej nie dałam rady; mam wrażenie, że powieść wiktoriańska wymaga wiktoriańskiego czytelnika, który może, jak to się kiedyś ładnie określało, zatopić się w lekturze na długie godziny – ja niestety nie mogę i chyba dlatego się znudziłam. I nie tylko ja: dziś dowcipkowaliśmy ze znajomymi, kto dokąd doczytał Catton i czy w tym miejscu bohaterowie nadal rozmawiają na werandzie).

Co jeszcze można powiedzieć a propos „Szczygła”? Myślę, że jest tak: wielkie powieści się podziwia. Inspiruje się nimi, czasami przez całe życie prowadzi się z nimi długie wewnętrzne dialogi. Literatura środka zaś (nawiasem mówiąc, określenie poręczne, ale niepotrzebnie stygmatyzujące) to coś, co budzi w nas chęć zaprzyjaźnienia się, czym zwyczajnie się cieszymy, tak jak wybranką czy wybrankiem, nawet gdy mają krzywy nos i jedną nogę krótszą. Bo, w sumie, jakie znaczenie ma nos?

I jeszcze jedno. Przy „Szczygle” czułam, że czytanie jest przyjemne. Tak po prostu.

Donna Tartt, Szczygieł, Znak, 2015

O początkowym nielubieniu, prawach demiurga i końcowej satysfakcji, czyli „Sońka” Ignacego Karpowicza

Karpowicz_Sonka_okladka1 „Sońkę” Ignacego Karpowicza początkowo znielubiłam. Zawiązanie akcji w tej książce jest następujące: oto na drodze na tzw. ścianie wschodniej zatrzymuje się błyszcząca limuzyna. Wysiada z niej reżyser teatralny z Warszawy, który swoje artystyczne rozterki i niespełnienia myli z prawdziwym życiem. Naprzeciw niego – sól ziemi, stara, uboga kobieta pasąca krowę, tytułowa Sońka. Ponieważ samochód się zepsuł, a na kresach zasięgu nie widzieli i assistance wezwać nie sposób, Sońka zaprasza Igora do swojej nędznej zagrody. I zaczyna opowiadać mu o swoim życiu, o tym, co w nim było najważniejsze: wojennej miłości do gestapowca i tragicznym końcu tego uczucia.

Młody i bogaty kontra stara i biedna
Zestawienie takich właśnie bohaterów sprawiło, że zazgrzytałam zębami. Reżyser wydał mi się postacią fałszywą, jego dramaty były pretensjonalne jak z propagandowej czytanki o warszawskich lemingach. Sońka natomiast reprezentowała emocjonalny hardkor w najczystszej postaci: upokarzana, gwałcona, a przy tym zdolna do miłości czystej jak śnieg, wybielającej oprawcę. Jeśli miałabym opisać, co w literaturze jest manipulacją, wskazałabym właśnie na pierwsze kilkadziesiąt stron „Sońki”. Odniosłam wrażenie, że ktoś używa najprostszych efektów, by sterować moimi emocjami.

W miarę przewracania stron poczucie manipulacji słabło. Sońka opowiada swoją historię, słuchając jej opowieści, postać reżysera ewoluuje. W jakim kierunku, łatwo się domyśleć. Powrót Igora do korzeni, do swojej starszej, porzuconej niegdyś wersji wypadł – ku mojemu zaskoczeniu – przekonująco. Akcja powieści opowiadana ustami Sońki przekształca się w przedstawienie teatralne. Przeszłość zamienia się w sztukę, pełnoprawną twórczynię rzeczywistości. Przestrzenie opowiadanego i tworzonego mieszają się, by ostatecznie stać się tym samym.

Erotyzacja sztuki

Nierównowaga bohaterów, odczuwalna już na początku, z czasem się powiększa. Sońka jest postacią pełnokrwistą, silną, jej emocje stają się naszymi. Współczujemy jej, rozumiemy ją, przeżywamy z nią wiele najczęściej strasznych chwil. To jedna z najbardziej wyrazistych bohaterek, jakie ostatnio spotkałam w książkach. Aż trudno uwierzyć, że zdawałoby się tak oklepany literacki motyw jak pełne poświęcenie się dla miłości może – który to już raz? – zabrzmieć naprawdę wiarygodnie.

Skończyłam czytać, odłożyłam książkę i odruchowo zaczęłam porównywać. Lepsza od „Ksiąg Jakubowych”? Ma szansę dostać Nike? Szybko zdałam sobie sprawę, że próbuję w ten sposób odgrodzić się od emocji, jakie wzbudziła we mnie „Sońka”. Tak, ta książka naprawdę porusza; nie lubiłam jej, czytając, podtrzymywałam wewnętrzny opór.

Po przeczytaniu przypomniałam sobie opinię Susan Sontag ze słynnego eseju „O interpretacji”. Sontag odrzuca klasyczną pozycję krytyka jako interpretatora. Krytyk według niej to trochę uzurpator, a trochę pasożyt żywiący się cudzą krwią, potem i łzami. Sontag twierdzi, że sztuka winna być oceniana na podstawie tego, co z nami robi, a nie tego, co wydaje nam się, że mówi. Co z nami robi – no właśnie… „Sońka” zagrała mi na emocjach, zirytowała, rozdrażniła, dała do myślenia oraz skłoniła do skonfrontowania swoich odczuć z odczuciami znajomych. Pozostała we mnie jak zadra, nieprzetrawiony byt, sprawa odłożona na później, którą kiedyś odfajkuję, ale na razie odfajkować nie mogę. Czyli w ujęciu Sontag – pełny artystyczny sukces.

Jeśli miałabym dokonać jeszcze jednego porównania z „Księgami Jakubowymi”: były bezpieczne, autorka mnie ujęła, zaufałam jej. Karpowiczowi zaś nie ufam, mimo że, przyznaję, dał mi ostatecznie satysfakcję. Ta ambiwalencja sprawia, że prawdziwą ciekawością czekam na ogłoszenie tegorocznego werdyktu jury Nike (nie tracąc nadziei, że o przyznaniu nagrody zadecydują wreszcie kryteria artystyczne, a nie jak na konkursie Miss World: kto ostatnio najdzielniej walczył o demokrację).

Ignacy Karpowicz, „Sońka”, wyd. Znak

Jak nie zostałam analityczką finansową, czyli „Dawid i Goliat” Malcolma Gladwella

Gladwell_Dawid i GoliatBibliotekę Szkoły Głównej Handlowej wypełniał szelest kartek i przyciszone głosy studentów. Za oknami czytelni, tak wysokimi, że zastępowały ściany, kołysały się drzewa. Pamiętam zieleń tych drzew, biały blat stołu i kręcone włosy mojej koleżanki Agaty. Agata była szczupła, drobna, zawsze skupiona. Chwilę wcześniej schowała do torby album z ilustracjami fantasy, który kupiła w prezencie dla swojego chłopaka. – Niezbyt mój klimat – powiedziała, a ja pokiwałam ze zrozumieniem głową. Gdyby ktoś mi wówczas powiedział, że w przyszłości napiszę trylogię fantasy, poradziłabym mu, żeby z taką wyobraźnią sam zaczął pisać.

Na razie moje być albo nie być to był zbliżający się egzamin z matematyki. Moje – oraz tysiąca dwustu pozostałych studentów pierwszego roku. Egzamin z matematyki oraz dwa egzaminy z drugiego roku – z ekonometrii i statystyki – określały przyszłość studenta SGH. Dobre oceny z tych trzech przedmiotów dawały wstęp na metody i systemy informatyczne. Był to najbardziej wymagający kierunek w Szkole Głównej Handlowej, oferujący konkretną, twardą wiedzę. Nie żadne zarządzanie, nie marketing, tylko tzw. miś.

Rozwiązywałyśmy z Agatą zadania z matematyki. Mijała trzecia godzina pracy, a ja czułam się coraz bardziej niekomfortowo. Bo właściwie to Agata rozwiązywała zadania, ja jedynie przepisywałam jej rachunki. W duchu planowałam, że na stancji spróbuję poszukać rozwiązań jeszcze raz, sama, na spokojnie… Obserwowałam Agatę spod oka – czy zdawała sobie sprawę, że była lepsza ode mnie z matematyki? Z każdym zadaniem stawało się dla mnie coraz bardziej jasne, że nie umiem myśleć tak prędko jak ona. Że zostaję w tyle.

Z trzech wymienionych wyżej przedmiotów miałam następujące oceny: matematyka – pięć, ekonometria – cztery plus, statystyka – pięć i pół. Choć bez kłopotu dostałabym się na metody i systemy informatyczne, nawet nie spróbowałam. Po pracy z Agatą, niezależnie od zdobytych ocen, przestałam tego chcieć. Wiedziałam już, że wokół mnie jest wielu lepszych z matematyki. Lepszych ode mnie, licealnej prymuski, która miewała nie tylko najlepszą średnią w klasie, ale i w całej szkole.

Małe ryby w wielkim stawie

Historia ta przypomniała mi się w maju tego roku podczas lektury „Dawida i Goliata” Malcolma Gladwella. Tym razem amerykański guru od popularyzacji nauki zajął się przemawiającym do każdego zagadnieniem – jak słabość przekuć w siłę. Nieznani szerzej bohaterowie, intrygujące przykłady, ciekawe zestawienia faktów: książka zawiera to wszystko, za co lubimy Gladwella. Mnie jednak najbardziej zainteresował rozdział o tym, gdzie błyskotliwy amerykański student ma największe szanse skończyć studia ścisłe. Otóż wcale nie na najlepszych uniwersytetach, które przyjmą go z otwartymi ramionami. Nie – bo jeśli pójdzie na Harvard ub MIT, to może trafić na jeszcze lepszych od siebie. A wtedy będzie bardziej skłonny zrezygnować z uczenia się chemii czy fizyki teoretycznej, bo będzie mu się zdawało, że nie dorównuje innym – i paradoksalnie chętniej zmieni kierunek na humanistyczny, niż gdyby studiował na gorszym uniwersytecie.

Innymi słowy – lepiej być wielką rybą w małym stawie (czyli doskonałym studentem gorszego uniwersytetu) niż małą rybą w wielkim stawie (czyli doskonałym studentem wśród wielu innych doskonałych studentów znakomitego uniwersytetu). Lepiej w tym sensie, że łatwiej wówczas zrealizować swój cel. Gladwell udowadnia tę tezę, przedstawiając konkretne liczby dotyczące amerykańskich studentów. Czytając uśmiechałam się szeroko – naraz stało się dla mnie jasne, dlaczego nie zostałam analityczką finansową, specjalistką od szacowania ryzyka czy też konstruktorką instrumentów finansowych (na co miałabym wielkie szanse, gdybym faktycznie studiowała metody i systemy informatyczne). Przypomniałam sobie po prostu, jak uczyłyśmy się na pierwszym roku z Agatą i co wtedy czułam.

Nie całkiem poradnik

U Gladwella każdy znajdzie coś dla siebie. Jest tu historia trenera koszykówki, który z kiepską drużyną dochodzi do rozgrywek krajowych, dyslektyka, który zostaje gwiazdą palestry, lekarza, który opracował terapię białaczki u dzieci, działacza praw na rzecz kolorowych. Rodziców zainteresuje fragment, w który pada pytanie: do którego momentu bogactwo ułatwia wychowywanie dzieci? Gladwell udowadnia, że dokładnie do chwili, gdy zarabia się 75 tys. dol. rocznie. Później – wbrew pozorom – robi się już trudniej.

Książka zaczyna się błyskotliwie, potem jest bardzo dobra, traci za to moc w końcówce. Ostatnia część dotyczy walki z władzą/systemem oraz kwestii traum i wybaczania, co nie do końca pasuje do bardziej lajfstajlowej reszty. I zupełnie nie wpisuje się w próby sprzedawania książki Gladwella jako lektury poradnikowej dla biznesmenów – w tym sensie, że historie o ukrywaniu Żydów we Francji podczas okupacji nijak się mają do porad typu: dowiedz się jak zostać silnym graczem i pokonać konkurencję. Nie zmienia to jednak ogólnej oceny książki, która – jak zawsze w przypadku Gladwella – wciąga i daje bogatą pożywkę zarówno do owocnych rozmyślań, jak i błyśnięcia w towarzystwie.

Na koniec dodam jeszcze, że ostatecznie skończyłam na SGH dwa kierunki: międzynarodowe stosunki polityczne oraz finanse i bankowość. Pierwszy miał dać ujście moim zainteresowaniom humanistycznym, drugi stanowił rozsądne rozwiązanie dylematu: jak nie miś to co? Obroniłam więc dwie bardzo poważne magisterki, po czym zostałam korektorką w „Clicku”, piśmie o grach komputerowych (1250 zł brutto za numer, bez etatu naturalnie). I – paradoksalnie – uwielbiałam tę pracę! Jeśli więc miałabym dopisać do wszystkiego co powyżej jakąś radę dla rozważających swoją przyszłość studentów, byłaby następująca: rób to, co chcesz robić, a nie to, co wydaje ci się, że powinieneś, ani to, co wydaje ci się, że potrafisz, a już na pewno nie to, co inni by chcieli, byś robił/robiła… Zawiłe, ale sprawdza się do dziś.

Malcolm Gladwell, „Dawid i Goliat. Jak skazani na niepowodzenie mogą pokonać gigantów”, Wyd. Znak, 2014