„Wilk”, czyli odnaleziona po latach powieść Marka Hłaski, której autor nie zdecydował się wydać. Czy słusznie?

wilkOd razu wyłożę kawę na ławę. „Wilk” Marka Hłaski jest jak „Rocky 5” – to propozycja dla najwierniejszych fanów. Takich, którzy kochają bezkrytycznie, i którzy z pocałowaniem w rękę kupią kolejną pozycję uwielbianego twórcy, ciesząc się, że w ogóle powstała. Wiem, co piszę, bo czytając „Wilka” czułam się jak w kinie na piątej odsłonie przygód Rocky’ego: nieco osamotniona, z góry pełna aprobaty, gotowa przymknąć oko na wszelkie scenariuszowe potknięcia i nonsensy.

Historia „Wilka” jest dobrze znana, więc tylko szybciutko ją przypomnę. Hłasko pisał tę powieść w wieku dziewiętnastu lat i zawarł umowę z Iskrami, wziął zaliczkę, po czym nie dostarczył wydawnictwu tekstu. Po latach książkę odkrył doktorant polonistyki – z zaskoczeniem stwierdził, że ma w rękach literacki rarytas, nieznaną powieść Marka Hłaski. Iskry wydały ją ochoczo, tłumacząc, że w ten sposób Hłasko symbolicznie wywiązuje się z umowy zza grobu.

Dlaczego Hłasko nie zdecydował się debiutować tą powieścią, można tylko przypuszczać. Oto moje podejrzenia.

Fabuła

„Wilk” opowiada historię młodego chłopaka, Ryszarda Lewandowskiego, który dorasta w latach 30. XX wieku w warszawskiej dzielnicy Marymont. To siedlisko nędzy, brudu, beznadziei i bezrobocia. Ludzie są upodleni, szarzy, gotowi skoczyć sobie do gardeł, byle tylko przetrwać kolejny dzień. Dawno temu utracili godność i marzenia. Bohater próbuje znaleźć wyjście z nędzy, ale nie wie, gdzie szukać drogi do lepszego życia. Najpierw marzy o ucieczce do Ameryki i zostaniu kowbojem, później gotowy jest zacząć kraść i przystąpić do ferajny, w końcu przyjmuje poniżającą pracę, polegającą na tym, że za pieniądze kioskarzy bije nielegalnych sprzedawców gazet. Kiedy nie może znieść poniżenia, rzuca to zajęcie, i głoduje z przedwcześnie postarzałą matką oraz ojcem furmanem, do czasu aż… Aż uświadamia sobie, że pełne poświęcenie sprawie robotników i zrozumienie ich niedoli, a także rzeczywiste wsparcie oferuje biednemu Marymontowi i innym uciskanym dzielnicom jedynie partia komunistyczna.

Odkrywca książki tłumaczy w posłowiu, że akcenty ideologiczne („Co to jest szczęście? Szczęście to – partia!”) zostały rozmieszczone tak, by nie zabić wartości literackich „Wilka” i stanowią klasyczny „ogarek diabłu” – coś , co trzeba było w latach 50. dodać, żeby powieść w ogóle mogła zostać wydana. Niby to prawda, ale mniej więcej do trzech czwartych książki. Finał w „Wilku” nie jest już ornamentowy. Strajk w fabryce na Marymoncie, w czasie którego czystość komunistów uwodzi wyrosłego w brudzie Ryśka, stanowi logiczne ukoronowanie całej fabuły i zawiera m.in. natchniony opis malowania przy świecach portretu Stalina oraz złośliwy pamflet na działaczy PPS-u, którzy zostali przedstawieni jako zdrajcy klasy robotniczej, broniący sanacyjnego i kapitalistycznego status quo. Czyli mówiąc dosadnie – to jest już przejechane grubo i w żaden sposób nie do obronienia (choć zastrzegam, że nie znam wiele dzieł socrealizmu, więc może rzeczywiście ten wytwór rozpalonej wyobraźni Hłaski to przy ówczesnej prozie pikuś).

Na mój nos, nos wiernego czytelnika, autor „Wilka” nie wydał tej książki, ponieważ w to, co napisał, ani odrobinę nie wierzył. Hłasko dopuszczał prawdziwe zmyślenia, ale cały finał „Wilka” to propagandowy bullshit, nieprawdziwe zmyślenie. Wydać to znaczyłoby – mówiąc brzydko – skurwić się w debiucie. Rezygnując z „Wilka” Hłasko debiutował „Pierwszym krokiem w chmurach”, zbiorem opowiadań autentycznych, mocnych i szczerych do bólu, a także…

Styl

…a także o wiele lepszych literacko.

„Wilk” rozpada się na dwie części. Po fatalnych kilku pierwszych stronach mamy długie fragmenty pokazujące przedwojenny Marymont, które są znakomite. Świetnie odmalowane postacie od razu „się czuje”, w soczystych, mocnych dialogach nie ma nic sztucznego, realia pokazane zostały skrupulatnie – widać, że autor nie dość, że miał talent, to jeszcze przejrzał archiwa. Jest tu wszystko, co kochamy u Hłaski, emocje, mięso i rozmach, i każdy fan będzie w pełni usatysfakcjonowany.

Później jednak poziom książki obniża się. Potykamy się o liczne opisy przyrody, które absolwentom czteroklasowego liceum przypomną Żeromskiego przyprawionego Orzeszkową („mgiełki błękitnieją, drgają nad zarosionymi łąkami, z kropelek migocących są utkane”…), młodszych zaś czytelników wprawią w osłupienie – trzy lata gimnazjum razem z trzema latami liceum nie przygotowały ich na odkrycie, że słowa w języku polskim da się połączyć w tak kwieciste zdania. Styl książki, przez który prześwitują lektury młodego Hłaski, bardzo się zestarzał. Nie są to może „Krzyżacy”, ale pisze się już inaczej, co w połączeniu z naturalnymi dla debiutanta potknięciami powoduje, że do bojowego finału „Wilka” dotrą najwierniejsi. Żeby nie przesadzić z krytyką, dodam, że książka nie jest zła. Trzyma tempo, nieznających nowelek pozytywistycznych może zaskoczyć fabułą, a jeśli uświadomimy sobie młody wiek autora, to w ogóle pójdzie nam w pięty – mimo to do następnych utworów Hłaski jej daleko.

Czy autor czuł, że to jeszcze nie to? Czy miał wrażenie, że może pisać lepiej, i również dlatego zakopał „Wilka” w szufladzie, traktując go jako wprawkę? Jeśli tak – chapeau bas! Dobrze wiem, jak silne jest pragnienie literackiego debiutanta, by zadebiutować; oparcie się takiemu pragnieniu, gdy przychodzi za wcześnie, to znak siły woli i naprawdę sporego rozsądku.

Szczęście fana

Czytałam zwykłe wydanie „Wilka”, czyli wersję w białych okładkach z posłowiem oraz starannie opracowanymi przypisami (straszą nadmiarem tylko na pierwszych kartkach). I jedno i drugie przydaje się podczas lektury. Przypisy pozwalają niewarszawiakowi odnaleźć się w realiach, posłowie zaś ułatwia wybaczenie Hłasce, że w tej powieści jest dopiero swoją zapowiedzią. Nie obraziłabym się na jeszcze parę zdjęć z epoki, ale wiem, że to już lekkie wybrzydzanie; książka sprzedana jest ładnie.

Pozostaje zastanowić się, czy wydawanie „Wilka” w 2015 roku, dawno po śmierci nie tylko Hłaski, ale i świata, który opisał, w ogóle miało sens? Lub inaczej – czy miało sens inny niż finansowy (bo ten oczywiście miało, w końcu nie cierpimy w Polsce na nadmiar legend literackich, których portrety drukuje się na koszulkach)? Ostatecznie Hłasko „Wilka” z szuflady nie wyjął, czy nie wypadałoby uszanować jego woli? Czy nie zgrzyta teraz zębami, że pochylamy się z uwagą nad jego młodzieńczym aktem twórczej gorączki?

Stawiam te pytania, ale zamierzam na nie odpowiedzieć, bo to nie są pytania do mnie. Ja jestem fanem, na szóstą część Rocky’ego też pójdę.

Marek Hłasko, Wilk, Iskry, 2015 r.

 

„Cień Jedwabnego Szlaku”, czyli samotna podróż brytyjskiego dżentelmena przez przestrzeń i czas

jedwabny-szlakW czasach dynastii Tang garnizon liczący sześciuset ludzi był oblegany przez wrogów. Dowódca zorientował się, że jego wojsku brakuje żywności. Zabił więc żonę i nakarmił nią żołnierzy. Następnie po kolei zabijał najsłabszych i karmił nimi tych, którzy jeszcze zachowali siły. Garnizon padł, gdy w środku broniło się już tylko stu żołnierzy. Odsiecz przybyła trzy dni później.

Ta chińska legenda pochodzi z książki „Cień Jedwabnego Szlaku” Colina Thubrona , brytyjskiego pisarza i podróżnika. Według Thubrona opowieść o dowódcy garnizonu w pojęciu Chińczyków pokazuje wzorową postawę obywatelską. Co ją cechuje? Wierność obowiązkom i gotowość poświęcenia wszystkiego dla dobra państwa. Wszystkiego, czyli także żony i słabych żołnierzy. Grupa, a konkretniej – własna grupa jest ważniejsza od jednostki. Jednostka ma obowiązek dbać o jej dobro, nie o swoje własne.

11 tys. kilometrów przez Azję

Książka „Cień Jedwabnego Szlaku” wyszła w Polsce dwa lata temu. Thubron opisuje w niej swoją wędrówkę z leżącego na Dalekim Wschodzie chińskiego miasta X’ian nad brzeg Morza Śródziemnego. Trasa wiedzie starożytnym szlakiem, którym jeszcze przed naszą erą kupcy wozili najcenniejszy surowiec Chin – jedwab. Przez Chiny wzdłuż Wielkiego Muru, wokół zabójczej pustyni Takla Makan, przez puste doliny dzisiejszego Kirgistanu, Turkmenistanu i Afganistanu prowadzi droga, którędy na zachód jechały bele jedwabiu. Thubron pokonał ją sam, w ciągu ośmiu miesięcy. Jechał głównie autobusami i koleją, często zabierał się z miejscowymi.

„Cień Jedwabnego Szlaku”, jak wszystkie książki Thubrona, nie przypomina typowej relacji z podróży. Wprawdzie zawiera informacje historyczno-etnograficzne oraz opisy pokonywania kolejnych odcinków, ale stanowią one punkt wyjścia do najważniejszego, czyli spotkań z ludźmi innej rasy, kultury i religii. Brytyjczyk przyjmuje przy tym klasyczną pozycję podróżnika z Zachodu – wprawdzie wyrosłego w poczuciu bezpieczeństwa i w kulcie indywidualizmu, ale tęskniącego za utraconą religijnością i przynależnością do rodu\klanu. Nie byłoby to wyjątkowe, gdyby Thubron nie był Brytyjczykiem; charakteryzujące go melancholia, delikatny smutek, wrażliwość na drugiego, nawet uduchowienie nie są cechami, które uznalibyśmy za rdzennie brytyjskie.

Bez aparatu fotograficznego

Thubron zanurza nas w Azji podobnie jak zanurzał się w niej sam – śledzimy, jak poszukuje we wschodnich Chinach potomków legionistów rzymskich Krassusa. Jak wyrusza wielbłądem na pustynię, by odnaleźć resztki świątyni pochłaniane przez piach. Jak pomaga mnichowi z zagubionego klasztoru skontaktować się z bratem. Jest coś wzruszającego w każdym z tych obrazów. Okazuje się, że po świątyni pozostał szkielet, ludzie o tajemniczo jasnych oczach rozjechali się po świecie, a telefon brata nie odpowiada. Próby zrozumienia rzeczywistości, nagięcia jej do swojej woli czy cofnięcia czasu kończą się niepowodzeniem.

Wzruszenie pogłębia się, jeśli uświadomimy sobie, że autor, wychowanek Eton College (rocznik 1939) podróżował tylko z plecakiem i – co najbardziej zdumiewające – bez aparatu fotograficznego. Taka długa podróż i ani jednego zdjęcia? Żadnego bloga z trasy, żadnej fotografii na fejsie? Czy potrafimy to sobie wyobrazić?

Lektura zimowa

Książkę czyta się powoli, co nie znaczy, że trudno. Napisana jest pięknym, dojrzałym językiem, który charakteryzuje to, że szanuje słowa. Obrazy są czyste, poetyckie, wysmakowane. Każą zatrzymywać się podczas lektury, zapadają w pamięć. Thubron podróżował bez pośpiechu, czytelnik jego relacji również może zasmakować w wędrówce, której nie trzeba zmieścić w nieprzekraczalnych ramach tygodniowego urlopu.

Najlepsza jest pierwsza połowa, która dotyczy zmieniających się Chin. Później relacja robi się fragmentaryczna, co budzi niedosyt. Lektura sprawiła jednak, że zapragnęłam wrócić do innej książki Thubrona, którą już tu opisywałam – „Po Syberii”. Mam wrażenie, że obecną niepokojącą porę roku, długie zamglone ciemności najlepiej spędzić w podróży, chociażby czytelniczej.

Colin Thubron, Cień Jedwabnego Szlaku, wyd. Czarne, 2013 r.

 

 

„Judasz”, czyli powieść o zdradzie dla odpornych na jesienny spleen

judaszJerozolima, lata pięćdziesiąte XX wieku. Na Szmuela Asza, dwudziestokilkuletniego studenta, spadają dwa dotkliwe ciosy. Najpierw ukochana, Jardena, zrywa z nim i wychodzi za mąż za swojego poprzedniego chłopaka. Potem ojciec Szmuela bankrutuje. Chłopak pozbawiony materialnego wsparcia musi porzucić pisanie pracy magisterskiej i jak najszybciej znaleźć zatrudnienie. Ogłoszenie na uczelni wiedzie go na przedmieścia miasta, gdzie w białym domu obrośniętym winogronem mieszka pewien nieszczęśliwy starzec i samotna kobieta.

Tak zaczyna się najnowsza powieść Amosa Oza „Judasz”. Akcja książki jest kameralna. Potoki słów wypowiadane w salonie, spotkania bohatera i bohaterki w kuchni, spacery po mieście to właściwie wszystko, co dzieje się w czasie rzeczywistym. Więcej daje spojrzenie wstecz: historia cofa się do ogłoszenia przez Izrael niepodległości i do wojny izraelsko-arabskiej z 1948 r. I jeszcze dalej, w odległą przeszłość, o której bohaterowie rozmawiają tak, jakby była teraźniejszością.

Co pisali Żydzi o Jezusie na przestrzeni dziejów? Kim był Judasz, najbogatszy z apostołów? Te pytania są u Oza równie ważne jak wątek miłosny, z którym splatają się i przecinają.

Zrozumieć zdrajcę

Oz odczytuje postać Judasza na nowo. W jego powieści Judasz nie zdradza dla pieniędzy – w przeciwieństwie od pozostałych apostołów, biedaków z Galilei, jest właścicielem majątku ziemskiego i trzydzieści srebrników to dla niego tyle co nic. Co więcej, choć został wysłany między uczniów Jezusa przez kapłanów, porzuca swoją misję i staje się najgorliwszym wyznawcą Nazarejczyka. Najmocniej z dwunastu wierzy w jego boskość, słowa i misję, w duchową wizję świata. A zatem dlaczego doprowadza do Golgoty? Tego nie wyjawię, napiszę tylko, że odpowiedź, jaką daje Oz, jest wiarygodna. W jego książce Judasz popełnia samobójstwo nie nękany spóźnionymi wyrzutami sumienia, ale z rozpaczy.

Tym, co uderza w interpretacji Oza, gdy pisze o Judaszu, jest nieagresywność. W naszej emocjonalnej kulturze zdrajca nie zasługuje na uważniejsze spojrzenie, na analizę. Ze zdrajcą się nie rozmawia, nie próbuje się go zrozumieć, przeniknąć motywów jego działania. To sprzedawczyk, zaprzaniec, odstępca, judasz właśnie. Oz odrzuca taki łatwy podział świata, przyznaje zdrajcy prawo do cierpienia. Zdrada, która w książce jest motywem przewijającym się przez wszystkie wątki, stanowi naturalną konsekwencję wolności człowieka.

Innym intrygującym powieściowym zdrajcą jest ojciec głównej bohaterki. Abrabanel, przeciwnik Ben Guriona, nie chciał powstania państwa Izrael, przekonany, że doprowadzi to do nierozwiązywalnego konfliktu ze światem arabskim. Naturalnie takie poglądy skazały go na ostracyzm. Ta postać zdumiewa, nie przypominam sobie polskiej powieści, w której pojawiłby się bohater odrzucający niepodległość kraju w imię ogólnoludzkiego braterstwa. Taka figura jest w rodzimej literaturze w ogóle nie do pomyślenia (a szkoda, byłby to koncept co najmniej oryginalny).

Samotni wśród samotnych

Meteopatów unikających jesienią utworów nastrojowych wypada ostrzec: „Judasz”, jak wszystkie powieści Oza, jest książką smutną. Miłość jest w niej dana tylko na chwilę i nie ma szans nikogo uszczęśliwić. Jeśli coś w życiu człowieka jest stałego, to samotność. Wierność przekonaniom, starzenie się tylko powiększają osamotnienie. Światełko w tunelu zapala jedynie młodość; nadzieję mogą zachować tylko ci, którzy ciągle mają komfort wyboru drogi życiowej, którzy nie podjęli jeszcze ostatecznych życiowych decyzji.

Co jeszcze? „Judasz” wzrusza, lektura od pierwszych stron nastraja melancholijnie. Wzruszenie – przynajmniej moje – budziły nazwy miejsc i nazwiska osób, sam dźwięk takich słów jak Atalia Abrabanel, Gerszom Wald, Nachalat Sziwa czy Jegia Kapaim. Główny bohater, samotny i nieporadny, astmatyk nierozstający się z inhalatorem, także wywołuje czułość. Jerozolima pokazana głównie nocą, pusta i zalana światłem mlecznego zimowego księżyca, wydaje się miejscem nie z tego świata.

Podczas czytania chciałam, by w wątku Szmuela działo się więcej, i by książka przez to była dłuższa. Liczy raptem 350 luźno zadrukowanych stron, jak na powagę tematu, wcale nie tak dużo. Z drobiazgów ucieszyło mnie, gdy w bibliotece jednego z bohaterów, oprócz obowiązkowych powieści rosyjskich, znalazły się również książki polskie: Mickiewicza i Tuwima. Który jeszcze z zagranicznych pisarzy ustawia na półkach swoich bohaterów dzieła Polaków? Nie przypominam sobie takiego przypadku.

Podsumowując – „Judasz” to piękna, poważna i mądra książka. Z podanych wyżej powodów wielu może się nie spodobać.

Amos Oz, Judasz, wyd. Rebis 2015

„A co gdyby”, czyli nie ma nic zabawniejszego niż… nauka

A co gdybyDawno temu – niestety dawno temu – nudziłam się z kolegami na fizyce. Jak zwykle w takich okolicznościach zastanawialiśmy się nad abstrakcyjnymi sprawami (na przykład, czy demokracja ateńska to najlepiej wymyślony ustrój albo jak wyglądałby wzór na kolejne potęgi sumy dwóch liczb). Zagadnienie, które nas zainteresowało na tamtej lekcji, było proste – czy to prawda, że bagno wciąga? Na przerwie poszliśmy do nauczycielki i zadaliśmy jej to pytanie.

Sytuacja rozwinęła się w niespodziewany sposób. Okazało się, że nasza fizyczka nie zna odpowiedzi, więc postanowiła skonsultować się z innymi nauczycielami. Jak się wkrótce dowiedzieliśmy, problem omawiał interdyscyplinarnie cały pokój nauczycielski (czego też ten mat-fiz nie wymyśli!). Ostatecznie nikt nie umiał nam kwestii bagna wystarczająco dogłębnie wyjaśnić – co nas specjalnie nie zmartwiło, bo zainteresowaliśmy się już czymś innym.

Co by było gdyby

Historia z bagnem przypomniała mi się podczas lektury „A co gdyby”. To zbiór najdziwniejszych, najbardziej absurdalnych, najciekawszych, paradoksalnych – krótko mówiąc najbardziej wystrzałowych pytań naukowych, jakie lęgną się w umysłach internautów. Przesłali je na stronę xkcd.com, a jej autor, Randall Munroe, znalazł na nie jeszcze bardziej wystrzałowe odpowiedzi.

Munroe to człowiek legenda. Pracował dla NASA i zajmował się robotami, ale zdecydował się rzucić tę nudną i słabo płatną pracę, by zostać… rysownikiem komiksów internetowych. I właśnie jako rysownik zdobył sławę. Jego komiksy znają wszyscy internauci choć minimalnie zainteresowani nauką – są śmieszne, intrygujące i zawsze poprawne od strony wiedzy. Munroe odpowiada również na dziwaczne pytania, a zbiór najlepszych został właśnie wydany w formie książki.

Czytając ją, nie mogłam zdecydować, czy bardziej zdumiewają mnie problemy, jakie zaprzątają ludzi (Co by było, gdyby łódź podwodna znalazła się na okołoziemskiej orbicie? Jaką moc miał Yoda? Co by było, gdyby ziemia zaczęła się powiększać?), czy też sposób, w jaki Munroe się z nimi rozprawia. Jego wyjaśnienia są totalne, bezkompromisowe i paraliżująco śmieszne. Traktuje serio nawet najbardziej absurdalne kwestie i drąży tak długo, aż je rozgryzie. By rozstrzygnąć, z jakiej wysokości należy zrzucić stek, żeby upiekł się w czasie lotu, studiuje na przykład publikacje opisujące rozgrzewanie się nosów rakiet ICMB podczas wchodzenia w ziemską atmosferę i symulacje przepływu ciepła przez różne kawałki mięsa. Jego odpowiedzi mogą wzbudzić gwałtowną potrzebę zostania matematykiem – no bo czy jest coś wspanialszego niż umiejętność policzenia, czy dałoby się zbudować plecak odrzutowy z kałasznikowów?

Potęga wyobraźni

Nie mogę się powstrzymać – teraz będzie spojler. Jedno z pytań, na które odpowiada Randall, brzmiało: ile ważyłby mol kretów (angielska gra słów: mole of moles). Po dokładnym wyliczeniu Munroe zaczyna snuć naprawdę szaloną wizję. Mol kretów dałby nam – tłumaczy – planetę nieco większą od Księżyca. Planeta ta dryfuje swobodnie w przestrzeni kosmicznej, a w tym czasie z kretami, naturalnie martwymi, dzieją się niepokojące rzeczy. Te najgłębiej jądra planety, znajdujące się pod dużym ciśnieniem, nie rozkładają się – tysiące megapaskali zabijają bowiem wszystkie konieczne do tego bakterie. Te bliżej powierzchni podgrzewają się stopniowo pod wpływem działania bakterii beztlenowych, aż zamienią się w ropę naftową. Powierzchnia makabrycznego globu składa się z zamrożonych futerek. Krecią planetą od czasu do czasu wstrząsają erupcje. Powietrze uwalniające z się z płuc kretów oraz metan rozrywają lodową skorupę i wyrzucają w kosmos krecie szczątki.

Przepraszam, jeśli wizja krecich gejzerów nie da komuś spać, ale nie mogłam sobie darować. To zdecydowanie najbardziej dziwaczny koncept rozważany poważnie od strony naukowej, o jakim kiedykolwiek słyszałam.

Dla kogo, dlaczego

„A co gdyby” czyta się z niesłabnącą ciekawością. Połykałam ją stronę po stronie podziwiając na zmianę inwencję zadających pytania i autora. Gęsto przetykające kolejne strony oryginalne rysunki Munroe sprawiają, że książka nadaje się na prezent dla młodszych czytelników (o ile jesteśmy gotowi zaryzykować, że dziecko nasze lub znajomych nagle zapragnie zdobyć doktorat z nauk ścisłych). Spodoba im się również, jak często na stronach „A co gdyby” jest mowa o wybuchach, eksplozjach, implozji, zniszczeniu Ziemi i całej ludzkości. (Właściwie jest o nich mowa cały czas).

Mnie to bawiło, z czasem jednak złapałam się na myśli, że autor mógłby skierować swój dociekliwy umysł na nieco doroślejsze i choć trochę utylitarne kwestie. I natychmiast się zastanowiłam – skąd mi to przyszło do głowy? Czy stąd, że wiedza, głównie na skutek podlegania obowiązkowi szkolnemu, kojarzy nam się z czymś posągowo poważnym? I czy w ten sposób nie robimy jej i sobie samym krzywdy? Najlepszych popularyzatorów nauki, którzy przy okazji są najczęściej znakomitymi naukowcami, łączy przecież gotowość odpowiedzi na najdziwniejsze pytania, ochota do zabawy wiedzą, nieustanna chęć przeprowadzania eksperymentów, myślowych i faktycznych. Nie ma równania matematycznego, chemicznego wzoru, fizycznej teorii, którym zaszkodziłby żart – niezliczonym rzeszom uczniów zostały jednak zohydzone przez konieczność stania przed nimi zawsze na baczność.

Podsumowując – nauka nie tylko nie jest nudna, ale może być też najzabawniejszą pożywką dla naszego umysłu, jaką dotychczas wymyśliliśmy. Jeśli ktoś nie wierzy, niech przeczyta „A co gdyby”.

PS. Co do bagna, na mój obecny, dorosły nos wcale nie wciąga, tylko topią się w nim ci, którzy nie umieją pływać. Ale nie dam sobie nosa uciąć.

Randall Munroe, A co gdyby, Czarna Owca, 2015 r.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Business & Culture.

„Skandynawski raj”, czyli wikingowie lekkim piórem opisani

skandynawski-raj-o-ludziach-prawie-idealnych-b-iext30260463Duńska dziennikarka wróciła do ojczyzny po kilku latach pobytu w Waszyngtonie. Podczas kolacji ze znajomymi ktoś zapytał ją, jak w amerykańskiej szkole radził sobie jej syn. – Znakomicie – odpowiedziała z entuzjazmem. – Był najlepszy w klasie! Po tej wypowiedzi przy stole zapadło grobowe milczenie.

Dlaczego? Co Dunka, przez dłuższy czas mieszkająca za oceanem, zrobiła nie tak? Odpowiedzi dostarcza książka „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych”  Michaela Bootha, brytyjskiego dziennikarza specjalizującego się dotychczas w tematyce kulinarnej.

Booth jest mężem Dunki, od lat mieszka w Kopenhadze, z krajów nordyckich najlepiej zna więc Danię. Wielokrotnie odwiedził również Islandię, Norwegię, Finlandię i Szwecję. Łączy je sporo: jednorodne społeczeństwo, egalitaryzm, wysokie podatki, powściągliwość i przywiązanie do zasad oraz – poza Szwecją – powszechna niechęć do Szwecji.

Straszni wikingowie

Kraj po kraju Booth dekonstruuje skandynawski mit. Duńczycy od lat plasują się na pierwszym miejscu rankingów najbardziej szczęśliwych ludzi na świecie. Pracują najmniej w Europie i najbardziej sobie ufają. Wydawałoby się – żyć nie umierać. A jednak od 50 do 70 proc. ich pensji pochłaniają gigantyczne podatki, które na dodatek nie są wydawane szczególnie sensownie (opis wizyty w duńskim szpitalu nadawałby się na nagłówek na gazecie.pl). Duńską codzienność przenika z kolei duch hyggelig, przytulnej kolektywnej poprawności, która zakazuje poruszania w czasie spotkań towarzyskich jakichkolwiek tematów poważnych i kontrowersyjnych. No i dlaczego – pyta Booth – dlaczego wszyscy Duńczycy tak kochają to nieznośne wspólne śpiewanie?

Podobnie dostaje się innym Skandynawom. Islandczycy to dzikusy, którzy pogrążyli swój mały kraj w spektakularnym kryzysie finansowym. Norwedzy tak się wzbogacili dzięki odkryciu ropy naftowej, że spoczęli na laurach i nawet nie chce im się obierać bananów (zatrudniają w tym celu Szwedów). Finowie to zakompleksieni macho z wydumanym problemem alkoholowym, a Szwedzi wreszcie, milczący, niekontaktowi, z szajbą na punkcie punktualności, tak bardzo unikają kontaktów z innymi, że są gotowi chodzić po schodach, byle tylko nie znaleźć się z obcym samemu w windzie.

To wszystko naturalnie żarty, lecz nie do końca. Najciekawszy dla mnie fragment książki dotyczył tzw. praw Jante. Ten zestaw fikcyjnych reguł, które spisał w jednej ze swych powieści duński pisarz Aksel Sandemose, jest znany w całej Skandynawii. Booth sugeruje, że w mniejszym lub większym stopniu nadal kształtuje postępowanie ludzi w regionie nordyckim.

Prawa Jante zapierają dech w piersiach. Brzmią następująco (cytuję za Boothem):

Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.
Nie sądź, że nam dorównujesz.
Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
Nie sądź, że wiesz więcej od nas.
Nie sądź, że jesteś czymś więcej niż my.
Nie sądź, że jesteś w czymś dobry.
Nie masz prawa śmiać się z nas.
Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.
Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.

Mocne, prawda? Kto chciałby mieszkać między ludźmi myślącymi w ten sposób?

Lekka potrawa

„Skandynawski raj” to pozycja momentami bardzo zabawna, napisana lekko i przyjemnie. Jest w niej trochę o historii poszczególnych krajów, co nieco o gospodarce i – przepraszam za wyrażenie – o stosunkach społecznych, ale Booth nie jest Gladwellem i w poważniejszych fragmentach nie wypada przekonująco. Natomiast dobrze wychodzą mu żartobliwe uwagi o ludziach i narodach, obserwacje z przyjęć, ulic i autobusów – przy lekturze można się pośmiać, ciesząc się w duchu, że autorowi nie przyszło do głowy zwrócić swojego ironicznego spojrzenia na Polaków. Nie jestem przekonana, czy książka dostarcza dużo pogłębionej wiedzy o Skandynawach, ale na pewno uprzyjemni dwa przeciągające się wieczory.

Na koniec zacytuję z pamięci mój ulubiony żart. Booth zauważa, że Finowie niezwykle rzadko mówią o swoich uczuciach, a już wyznanie miłości wyrywa im się z ust od wielkiego dzwonu. Powiedzieć „kocham” to dla nich jak nacisnąć wielki czerwony przycisk na pokładzie Enola Gay – pisze Booth – można to zrobić tylko raz, po bardzo długim locie, i dopiero wtedy, gdy upewnimy się, że jesteśmy nad celem.

Michael Booth „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych”, 2015

„Pozdrowienia z Korei” – czyli typowa lektura nieobowiązkowa

pozdrowienia-z-korei-uczylam-dzieci-polnocnokoreanskich-elit-b-iext28704479Kilku młodych mężczyzn pochyla się nad trawnikiem. Kucają jeden obok drugiego. Pozostaną w tej pozycji kilka godzin. Żaden się nie skarży – ani na to, co robią, ani czym. Na polecenie przełożonych strzygą trawę… nożyczkami.

Tę scenę wielokrotnie widziała Suri Kim, pochodząca z Południowej Korei Amerykanka, która pracowała jako nauczycielka na uczelni w stolicy Korei Północnej. Suri Kim udało się tam zatrudnić na jeden semestr. Swoje doświadczenia opisała w książce „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit”.

Nauka w więzieniu

PUST (to skrót nazwy owej uczelni) jest nietypową placówką – zbudowana w Pjongjangu  i prowadzona przez misjonarzy za pieniądze gmin ewangelickich z całego świata. Dlaczego północnokoreański reżym wyraził zgodę na jej powstanie? Ponieważ potrzebował ośrodka, w którym w bezpiecznych, starannie kontrolowanych warunkach uczono by angielskiego dzieci notabli.

Bezpieczne warunki to określenie eufemistyczne – lista zakazów, jakich musieli przestrzegać nauczyciele, niewiele różniła się od reguł obowiązujących w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Przede wszystkim nauczyciele uczyli zawsze w parach. Musieli zatwierdzać u opiekunów plany wszystkich lekcji i wszystkie proponowane materiały (np. rysunki domu, drzewa czy krzesła). Mieszkali w kampusie, którego nie wolno im było opuszczać. Jeszcze na lotnisku zabrano im telefony komórkowe i paszporty, a ich poczta emailowa podlegała cenzurze. Raz w tygodniu wieziono ich do tego samego centrum handlowego; za benzynę i pracę kierowcy płacili z własnej kieszeni. Pobyt w Korei Północnej umiliło im jedynie kilka wycieczek do starannie wybranych miejsc (typu farma jabłek czy muzeum zawierające wyłącznie prezenty, jakie dostali z różnych krajów przywódcy Korei).

Lista tematów, jakie mogli poruszać w rozmowach z uczniami, była ściśle określona. Nie wolno im było chwalić swoich krajów ani dokonywać porównań. Nie mogli pytać uczniów, kim są ani kim są ich rodzice. Nie mogli prostować kłamstw propagandowych (Korea Północna nadal toczy formalnie wojnę z Koreą Południową, KPłd i Stany Zjednoczone to jej największy wróg). Jednak mimo tych obwarowań półroczny kontakt ze studentami z Korei Północnej okazał się oszałamiającym doświadczeniem.

Jak u Orwella

Życie w permanentnym zakłamaniu… Dwudziestoletni uczniowie Suri Kim ani razu nie poskarżyli się, że ich krajowi lub im osobiście czegoś brakuje. Więcej – domagali się od niej przyznawania, że np. Pjongjang to najpiękniejsze miasto świata, a miejscowy makaron to najlepsza potrawa, jaką kiedykolwiek jadła. Nie wiedzieli, że istnieje coś takiego jak internet, lub że telewizja na Zachodzie może mieć kilkaset kanałów. Z niedowierzaniem słuchali o poprzednich podróżach nauczycielki. Na następnych zajęciach kilka ze studentów zaczęło twierdzić, że oni też latają na wakacje samolotem.

Kim polubiła swoich uczniów, współczuła im i w miarę możliwości próbowała choć w szczątkowy sposób informować, jak naprawdę wygląda życie w zewnętrznym świecie. Jednak nawet ją zdumiewało, jak łatwo jej studenci kłamali w oczywistych sprawach. W ogóle ci dwudziestokilkulatkowie zachowywali się jak znacznie młodsi chłopcy – bardzo ambarasowało ich na przykład, jak poderwać dziewczynę. Na pytanie, jaka powinna być ich przyszła żona, odpowiadali zgodnie: posłuszna. Podzieleni byli na grupy, z których każda miała wybranego gospodarza, trzymali się zawsze w odgórnie ustalonych parach. Żyli w wiecznym kolektywie, od rana do wieczora, bez kontaktu z rodzicami, bez żadnych rozrywek. Gdy jeden miał urodziny, koledzy przygotowywali dla niego skecze i śpiewali mu piosenki. Nie mogli nigdzie wyjść, telewizja, jeśli działał prąd, nadawała kilka godzin dziennie, wyłącznie programy propagandowe lub seriale chińskie i radzieckie z lat 50-tych. Ich życie, choć w Korei Północnej wygrali los na loterii, wydawało się nieprawdopodobnie smutne i trudne.

„Pozdrowienia z Korei” to bardzo ciekawa, ale niestety również słaba książka. Autorka pisze przeciętnie i zupełnie niepotrzebnie wplata do opowieści swoje problemy sercowe (wstawki o kochanku w NY są zwyczajnie zbędne). Dobrze oddaje klaustrofobiczny klimat zamknięcia w PUST, ale właściwie pomija historie i motywacje innych nauczycieli (działalność misjonarska w warunkach, w których nie wolno wymówić słowa Bóg, jest pomysłem dość oryginalnym, chciałoby się usłyszeć o tym więcej). Po lekturze, łatwej i prędkiej, pozostaje uczucie niedosytu.

„Szczygieł” – literatura popularna czy arcydzieło?

szczygielPierwsze wrażenie: czytanie tej książki przypomina bujanie się w hamaku. Długie harmonijne zdania kołyszą, płynnie zlewają się w akapity i rozdziały. Jest miło i nic po za tym. Drugie wrażenie: tonę w gargantuicznej ilości szczegółów, mam wrażenie, że w „Szczygle” zapisane zostały wszystkie myśli i odczucia głównego bohatera, każda minuta jego życia. Opisy pomieszczeń, taksówek, ulic ciągną się bezlitośnie w równym rytmie. Jak ktoś lubi smakować i dotykać, to lektura dla niego, za jedyne 49,90 poleci do Nowego Jorku i Las Vegas w obie strony. Trzecie wrażenie: opowieść o chłopcu, który w nadzwyczajnych okolicznościach stracił matkę, i trafia do kolejnych lepszych lub gorszych opiekunów, nie grzeszy oryginalnością, panowie Dickens i Twain uchylają kapeluszy.

Czytam wytrwale, co wieczór, to już wchodzi mi w zwyczaj, z czasem robię się zadowolona, że książka jest taka gruba (prawie 900 stron!). Mam cały czas w pamięci trwającą dyskusję o „Szczygle” – czy literatura środka, jaką jest powieść Donny Tartt, zasługuje na oprawę i miano wielkiej powieści? Sama autorka stwierdziła, że to właściwie „powieść młodzieżowa”, jakby próbując się usprawiedliwić. Niepotrzebnie.

Żółty konik d’Artagnana

A teraz zmiana tematu – mój ulubiony pisarz. Nie największy, nie najlepszy, tylko właśnie ulubiony. Nic oryginalnego, to Aleksander Dumas. Żadnej lektury nie pokochałam bardziej niż „Trzech muszkieterów”. W okresie nastoletnim właściwie nauczyłam się tej książki na pamięć i do dziś bez wysiłku odtwarzam w pamięci ulubione sceny, np. obiad u prokuratorowej, w czasie którego biednym pisarczykom skąpi gospodarze wielokrotnie rozcieńczają wino. Ciepło wspominam także kolejne części „Muszkieterów”, zwłaszcza „Dwadzieścia lat później”, oraz oczywiście „Hrabiego Monte Christo” (nie zliczę, ile razy uciekałam z twierdzy If). Od strony literackiej książki te mają tysiąc wad, są przegadane, miejscami patetyczne do granic grafomanii. Dumas to, oceniając obiektywnie, średnia literatura popularna. Ale co mnie to obchodzi? Nic, kocham i już! (A książę de Beaufort uciekający z więzienia dzięki linie podesłanej w pasztecie? A tajna skrytka kardynała de Mazarine?…)

Przyjemnej lektury!

Oczywiście Donna Tartt i jej „Szczygieł” nie mają szansy stać się ikonami jak Dumas i „Trzej muszkieterowie”. Ani wątek o dorastaniu, ani nawet sensacyjne losy małego obrazu, który przypadkiem trafia w ręce głównego bohatera, nie pozostają w pamięci na dłużej. Książka ma wszystkie wady, które przypisują jej krytycy: jest za długa, momentami przegadana, końcówka ciągnie się niemiłosiernie, a stereotypy w przedstawianiu narodowości (choćby Rosjan) nie wystawiają najlepszego świadectwa wyobraźni autorki. A jednak „Szczygła” czyta się potoczyście – szczególnie dobrze pierwszą jedną trzecią, kiedy akcja dzieje się w Nowym Jorku – oferuje kilka zwrotów akcji i sensowne zakończenie. Na pewno wypada lepiej niż równie gruba powieść Eleanor Catton „Wszystko, co lśni” (dobrnęłam do 180 strony i dalej nie dałam rady; mam wrażenie, że powieść wiktoriańska wymaga wiktoriańskiego czytelnika, który może, jak to się kiedyś ładnie określało, zatopić się w lekturze na długie godziny – ja niestety nie mogę i chyba dlatego się znudziłam. I nie tylko ja: dziś dowcipkowaliśmy ze znajomymi, kto dokąd doczytał Catton i czy w tym miejscu bohaterowie nadal rozmawiają na werandzie).

Co jeszcze można powiedzieć a propos „Szczygła”? Myślę, że jest tak: wielkie powieści się podziwia. Inspiruje się nimi, czasami przez całe życie prowadzi się z nimi długie wewnętrzne dialogi. Literatura środka zaś (nawiasem mówiąc, określenie poręczne, ale niepotrzebnie stygmatyzujące) to coś, co budzi w nas chęć zaprzyjaźnienia się, czym zwyczajnie się cieszymy, tak jak wybranką czy wybrankiem, nawet gdy mają krzywy nos i jedną nogę krótszą. Bo, w sumie, jakie znaczenie ma nos?

I jeszcze jedno. Przy „Szczygle” czułam, że czytanie jest przyjemne. Tak po prostu.

Donna Tartt, Szczygieł, Znak, 2015