„Krótka historia rozumu”, czyli od australopiteka do Einsteina

Krotka.historia.rozumuNazywał się Robert Recorde. W 1557 roku dokonał fundamentalnego przełomu naukowego, o którymi nikt nie wie. Wynalazł mianowicie znak równości. Tak, chodzi o „=”. Dwie poziome kreski oznaczające, że coś idealnie odpowiada czemuś innemu, przyjęły się dopiero w XVI wieku. Do tamtego czasu ludzkość obywała się bez  najbardziej podstawowego znaku notacji matematycznej.

Ta anegdota dobrze obrazuje, jak wiele pojęć, które uznajemy za trwały i pełnoprawny składnik rzeczywistości, bynajmniej nie jest z nami od zawsze. Ludzie dopiero musieli je wynaleźć, nieraz po stuleciach oporów i trudów. O gigantach, którzy podjęli wysiłek i odnieśli sukces, opowiada Leonard Mlodinow w swojej najnowszej książce „Krótka historia rozumu”. Mlodinow, fizyk teoretyczny i popularyzator, znany najbardziej z „Nieświadomego mózgu”, tym razem pokusił się o spisanie historii myśli od pradziejów aż po rewolucję kwantową.

Newton alchemik

To brzmi groźnie, ale efekt nie budzi lęku. Zamiast opus magnum dostajemy lekką książkę popularnonaukową, która stylem odwołuje się do klasycznej „Krótkiej historii prawie wszystkiego” Billa Brysona. Od dowcipu do dowcipu przechodzimy od początków rodzaju ludzkiego, przez pierwsze narzędzia, rewolucję neolityczną, wynalezienie pisma, dokonania starożytnych, po tryumfy Newtona, Mendelejewa, Darwina i Einsteina. Z konieczności przekraczanie kolejnych milowych progów naukowych opisywane jest skrótowo – Mlodinow koncentruje się raczej na wyjaśnianiu, na czym polegał przełom, niż na szczegółach kolejnych osiągnięć. Szczęśliwie nie zaniedbuje nakreślenia sylwetek kolejnych bohaterów, co sprawia, że nabierają dla nas ludzkich cech, a książka nie trafia na półkę z interesującymi pozycjami, które na pewno kiedyś przeczytamy.

Naturalnie autor podejmuje przy tym ryzyko polegające na tym, że Galileusza zapamiętamy jako miłośnika weneckich prostytutek, Newton zaś trafi do kategorii szalonych alchemików, którzy byli w stanie poświęcić kilkanaście lat życia np. na szukanie mikstury zapewniającej wieczną młodość. To jednak zabieg celowy – Mlodinow pokazuje swoich bohaterów, tyle samo miejsca poświęcając ich pracy, która odniosła sukces, jak i tych ich wysiłkom, które prowadziły na zachwaszczone manowce. Ma to wielką zaletę, ponieważ pozostawia czytelnika z odczuciem, że geniusz nie jest jakąś trudno definiowalną cechą umysłu, przypadkiem otrzymaną przez nielicznych, ale inteligencją przemnożonej przez lata ciężkiej pracy (z których większość bywa zmarnotrawiona na teorie błędne, szalone lub niesprawdzalne). I jeszcze na dodatek skwantyfikowaną przez trudno definiowalne szczęście.

Historia wszystkiego i jeszcze czegoś

Nic więc nie powstaje przypadkiem i nic nie było z nami od zawsze. Przypomnienie o tym to niewątpliwa zasługa Mlodinowa, tutaj jednak zalety jego książki się kończą. Planując napisanie o wszystkim ryzykuje się, że się napisze o niczym… Z tego niebezpieczeństwa autor wyszedł zwycięsko, gorzej że napisał o wszystkim i jeszcze o czymś więcej. Wplótł mianowicie w książkę historię własnej rodziny, a szczególnie ważnej dla niego postaci ojca, polskiego Żyda, który ocalał z Holokaustu.

Nie mam nic przeciwko osobistej perspektywie – takie podejście ociepla, a niekiedy wręcz czyni strawną suchą naukową materię. Jednak w przypadku „Krótkiej historii rozumu” grzybów w barszczu jest stanowczo za dużo. Albo lekkie dowcipy, albo opowieści o egzekucjach dokonywanych przez nazistów. Trzeba wielkiego talentu, by grać na wszystkich nutach, bez niego mamy wrażenie kakofonii.

Fizyka królową nauk

Drugi zarzut to – paradoksalnie – wybiórczość. Autor koncentruje się na fizyce, co zważywszy na jego wykształcenie nie dziwi, ale jest to koncentracja przesadna. Z innych nauk mamy tylko chemię i biologię sprowadzoną do teorii Darwina. Dwudziesty wiek reprezentuje zaś wyłącznie odkrycie mechaniki kwantowej. A co z medycyną? Z psychologią? To również domeny działania ludzkiego rozumu, i to intensywnego działania – ale o tym z książki Mlodinowa się nie dowiemy.

Podsumowując – „Krótka historia rozumu” nie jest pozycją złą, ale więcej obiecuje tytułem niż oferuje w rzeczywistości. Jest przystępna i łatwa w odbiorze, jednak czytelnik ma wrażenie, że potencjał bardzo mocnego tematu został rozwodniony, a przez to nieco zmarnowany. No bo jaki związek z umysłową historią ludzkości ma zdjęcie rodziców Mlodinowa z wieczoru zaręczynowego, które wieńczy dzieło? Dla mnie jest to związek dyskusyjny; co innego gdyby autor napisał „Krótką historię uczuć”.

Której to pozycji – zważywszy na modę pisania krótkich historii wszystkiego – też się pewnie wkrótce doczekamy.

Leonard Mlodinow, Krótka historia rozumu, Prószyński i Ska, Warszawa 2016

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s