„Rok magicznego myślenia”, czyli pamiętnik z okresu żałoby

Didion_Rok_magicznego_myslenia30 grudnia 2003 r. pisarka Joan Didion i jej mąż John wrócili do domu bardzo późno. Dyskutowali, czy zjeść kolację na mieście, czy ugotować ją samemu. W końcu zdecydowali się zostać w domu – mieli za sobą ciężki dzień. Spędzili go w szpitalu, na oddziale intensywnej terapii, gdzie trwała walka o życie ich jedynej córki Quintany. Trzydziestoparoletnia Quintana w okolicach Świąt Bożego Narodzenia paskudnie się przeziębiła. Pospolite schorzenie przerodziło się w sepsę i kobieta od kilku dni znajdowała się w stanie krytycznym.

Jej rodzice starali się zachować pozory normalności. John usiadł w fotelu, a Joan napaliła w kominku. Zrobiła mężowi drinka i zajęła się przygotowywaniem sałatki. On przeglądał książkę historyczną, wymieniali luźne uwagi. Nie mówili o tym, co czuli – przygnębieniu, stresie, lęku o córkę.

W pewnej chwili John umilkł. Gdy Joan zerknęła na niego, przechodził ciężki zawał serca. Natychmiast wezwała pomoc, pogotowie zjawiło się błyskawicznie. Mimo to Johna nie udało się uratować.

Magiczny rok

Dziewięć miesięcy później Joan Didion zaczęła pisać „Rok magicznego myślenia”. To szczegółowy opis wszystkiego, co się działo z nią od chwili, gdy zmarł jej mąż. Didion relacjonuje drobiazgowo, co robiła w noc z 30 na 31 grudnia, i co nastąpiło później – jak przeżywała żałobę i jak jednocześnie z determinacją walczyła o życie i zdrowie córki. Wątek Quintany przypomina thriller medyczny – pierwszoosobowa relacja i naukowa terminologia powodują, że fragmenty te czytamy z wypiekami i bardzo szybko. Później tempo zwalnia i nadchodzi czas na refleksje.

John Dunne, mąż Joan, był, jak ona, uznanym pisarzem. Ich małżeństwo trwało ponad czterdzieści lat. Większość tego czasu spędzili razem, oboje pracowali w domu. Wiedli szczęśliwe i wygodne życie: gdy raz w młodości dotknęły ich troski finansowe, wyjechali na miesiąc na Hawaje, licząc, że przez ten czas wszystko się ułoży. I faktycznie tak się stało. Obracali się w sferach intelektualistów i ludzi wpływowych. Joan twierdzi, że gdyby jej córka wpadła w tarapaty podczas wyprawy do któregoś z krajów Trzeciego Świata, wystarczyłoby jej kilka telefonów, by zorganizować amerykański helikopter, który wyratowałby Quintanę z opresji. To poczucie kontroli nad rzeczywistością rozwiało się dopiero po chorobie Quintany i nagłej śmierci Johna.

Fałszywa ułuda nieśmiertelności

Doświadczenia Joan po stracie wydadzą się znajome wszystkim, na których nagle spadła żałoba. Niemożliwość pogodzenia się z nieuchronnym wyraża się głębokim przekonaniem, że zmarły wróci. Przekonanie to jest obsesyjne i między innymi nie pozwala pozbyć się jego rzeczy. Joan rok po śmierci Johna nadal ma jego buty, bo  – „gdy wróci” – mogą mu się przydać. Mówi, że wiele razy doświadcza ogarniającego ją wiru. Maniakalnie analizuje minuta po minucie moment śmierci Johna, zastanawiając się, jak mogłaby jej zapobiec, i domaga się przeprowadzenia sekcji zwłok męża, by dowiedzieć się, co dokładnie zawiodło w jego organizmie. Jest przekonana, że rzeczywistość da się opanować za pomocą inteligencji, dlatego studiuje artykuły naukowe na temat żałoby i stara się opisać swój stan za pomocą języka naukowego.

A jednak najcelniejsze wskazówki znajduje nie w pracach naukowych, ale w podręczniku dobrego wychowania z lat 20. XX wieku. Zawiera on cały rozdział dotyczący żałoby, wyjaśniający, jak w tym okresie powinna zachowywać się osoba rozpaczająca po stracie, oraz jakie są powinności innych żałobników. Ten staroświecki tekst okazuje się zaskakująco aktualny i zgodny ze współczesną wiedzą naukową. Po powrocie z pogrzebu żałobnikom należy podać ciepły rosół, ponieważ są wychłodzeni. Nie należy ich pytać, czy tego chcą, czy nie, ponieważ nie będą umieli podjąć decyzji.

Śmierć jako etap życia

Ten fragment książki dał mi najwięcej do myślenia. Wiedza zawarta w przywołanym przez Didion podręczniku pochodzi z czasów, gdy żałoba nie była niczym nadzwyczajnym, ale normalnym etapem życia. Stanowiło to odbicie faktu, że śmierć nie została usunięta poza granice świadomości – nie stanowiła tabu, ale zwyczajne zakończenie życia, ostatnią jego część. Didion momentami zaś pisze tak, jakby sam fakt istnienia śmierci nią wstrząsnął; jakby nigdy nie przeszło jej przez myśl, że ani ona, ani jej bliscy nie są nieśmiertelni. Jest w tym pewna dziecinność budząca zażenowanie – choć oczywiście nie dotyczy ono tylko „Roku magicznego myślenia”, ale współczesnej kultury, której ta książka stanowi przykład.

W świecie, w którym żyję, żałoba jako taka nie istnieje. Oczywiście ludzie umierają – teraz to pokolenie dziadków, a coraz częściej rodziców moich znajomych – jednak nie przypominam sobie przypadku, by ktoś z tego powodu ubierał się na czarno. Jedno-, dwudniowa nieobecność w pracy to maksimum tego, na co sobie pozwalamy. Później zaś postępujemy tak, jakby nic się nie zmieniło. By nie psuć innym humoru – czyli by nie zachować się niekulturalnie – nie nosimy żałoby, nie manifestujemy smutku, nie domagamy się specjalnego traktowania. Śmierć się nie zdarzyła, w naszym świecie śmierci nie ma. Trudno się dziwić, że gdy strata dotknie nas dopiero – jak Joan Didion – w późniejszym wieku, reagujemy histerycznie. Naiwnie dziwimy się swojemu nieszczęściu, i nieświadomie pragniemy, by oszczędzono nam tego, czego nieuchronność wiek wcześniej wszyscy – od najmłodszych do najstarszych – rozumieli i akceptowali.

Być może zatem nasz stosunek do śmierci stanowi dowód cofnięcia się naszej kultury, a tym samym nas samych, w cywilizacyjnym rozwoju.

Do refleksji

Jak widać, „Rok magicznego myślenia” to książka zarazem skłaniająca do refleksji, ale i irytująca. Zabrakło w niej głębszej analizy żałoby – nie tylko stanów emocjonalnych, opisanych tu dokładnie, ale i zmagań intelektualnych, które są charakterystycznym (co wiem z doświadczenia) elementem tego okresu. Nie jest również zbyt przyjazna w czytaniu – by ją pogrubić, wydawca zdecydował się na czcionkę wielką jak krowie placki, w efekcie czego po zajrzeniu do środka odnosi się wrażenie, że mamy do czynienia z lekturą dla pięcioklasistów. Osobna sprawa to okładka, stanowiąca kolejny dowód udziecinnienia tematu. Tego rodzaju ilustrację z nasionami dmuchawca widzę oczami duszy na dowolnej powieści Lucy Mont-Montgomery.

Nie zaryzykuję stwierdzenia, że lektura „Roku magicznego myślenia” pomoże uporać się z bólem komuś cierpiącemu po stracie. Może jednak pomóc poczuć coś, czego nie zawsze doświadczamy w codziennym życiu – że nie jesteś, człowieku, ze swoją tragedią sam.

„Rok magicznego myślenia”, Joan Didion, Znak litera nova

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s