„Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”, czyli wiele hałasu o coś

MurekZbiór opowiadań debiutantki Weroniki Murek wabił mnie od dawna pięknym tytułem. Zainteresowanie potęgowały sprzeczne opinie krążące na jego temat: jedni wypowiadali się o książce z zachwytem, chwaląc aforystyczny język i wyobraźnię autorki, inni przyznawali bez wstydu, z mieszczańską ostentacją, że nie zdołali doczytać „tego” do końca. Tak duża rozbieżność opinii, wahających się od „debiutu roku” po „grafomanię”, zapowiadała czytelniczą przygodę. Gdy nadarzyła się okazja, ochoczo wzięłam w niej udział.

Co Miczurin ma w środku

Na nieduży tomik z intrygującą okładką składa się osiem czy dziewięć opowiadań. Otwierające ma kilkadziesiąt stron, trzy końcowe tylko po kilka. Opisywanie, o czym są opowiadania, mija się z celem – od fabuły ważniejsze są tu obrazy i dialogi. Choć każdy z tekstów ma swoich bohaterów, akcję, która rozgrywa się w mniej lub bardziej konkretnym miejscu, wszystkie tematy przysłania to, co dzieje się na poziomie języka.

Wyjątkowo silny rytm wydawał mi się niekiedy głównym bohaterem tej prozy. Długie wymiany na pozór prostych zdań odsyłają czytelnika w rejony niecodzienne: w świat magiczny, nadrealny, gdzie krążą postacie z jednej strony znajome, z drugiej fantastyczne. Sklepikarze, przedszkolanki, chorzy na umyśle, umarli między żywymi, Matka Boska i straszący pod łóżkiem Jezusek zaludniają dziwną, oniryczną krainę, która zostaje wszyta, niczym podszewka, pod naszą rzeczywistość. Czytając mamy poczucie stykania się z czymś znajomym, a jednocześnie obco dziwacznym – nasze przyzwyczajenia i gust czytelniczy zostaną wystawione na próbę.

Wady i zalety Miczurina

Mnie, mieszczce z ambicjami, „Uprawy…” czytało się wolno i z pewnym wysiłkiem. Jak to zwykle bywa ze zbiorami opowiadań – jedne bardzo mi się podobały, innych nie czułam do tego stopnia, że porzucałam w połowie. Największe wrażenie zrobił na mnie tekst zatytułowany „Siwy koń w plamy kare”. Napisany czysto i błyskotliwie, bez drażniącej maniery jednolitego rytmu i udziwnionych dialogów, psychologicznie głęboki, doskonale wyważony wybija się ponad pozostałe opowiadania. Dopiero po nim pojęłam, że widoczne wcześniej mankamenty zbiorku są efektem nie tyle braku talentu autorki, ile chyba jego nadmiaru, i że Murek najwyraźniej dopiero uczy się, jak ten nadmiar obsługiwać.

Jej opowiadania mają też inne, specjalne zalety. Jest to debiut kobiecy, co nie zdarza się często, szczególnie że nie mamy do czynienia z fantasy, wydrukowanym blogiem lub książką świąteczno-familijną („I znów spadł gęsty biały puch i otulił niewielki domek Kasi i Piotra”). Autorka nie jest również np. skandalizującą licealistką, która opisuje bohaterkę uprawiającą seks z dziesięcioma poznanymi w internecie starszymi mężczyznami. Innymi słowy, Murek nie idzie na łatwiznę, co mogłoby ułatwić jej wydanie tekstu; ciekawa jestem, w jakim kierunku rozwinie się jej twórczość.

Na marginesie

W jednym z niedawnych numerów „Polityki” natrafiłam na dwie intrygujące opinie. Młody naukowiec, semiotyk z UW badający „zjawiska kultury pełniące funkcje mitów”, przyznaje bez zażenowania, że konsumuje słowo pisane inaczej niż starsze pokolenie – nie jest już w stanie skupić się w pełni na trudnym tekście filozoficznym i przeczytać go od początku do końca poświęciwszy się tylko jemu. Ledwie kilka stron wcześniej znany literaturoznawca zauważa, że książka papierowa, zaspokajająca potrzebę opowieści, a nie tylko informacji, jako jedyna oparła się inwazji nowych mediów. Literaturoznawca wyraża nadzieję, że książka drukowana stanie się w najbliższej przyszłości zobowiązaniem inteligenckim – będzie wypadało nie tylko ją przeczytać, ale również posiadać.

Te dwie wypowiedzi są zaskakująco sprzeczne. Aż się prosi zajrzeć do szklanej kuli: czy świat przyszłości zostanie zapełniony przez semiotyków czy literaturoznawców?

Debiut Murek przechyla futurologiczną szalę na stronę literaturoznawcy. Daje nadzieję, że przypadek semiotyka jest jedynie przykładem przejściowego stanu, w jakim znalazło się pokolenie dorastające równocześnie z internetem – stanu zachłyśnięcia łatwością zdobycia informacji. Cóż, zdobyć informację nie znaczy ją zatrzymać, a móc dowiedzieć się wszystkiego bardzo często jest równoznaczne z ciągle nie wiedzieć nic. Osobiście marzę, że popyt na opowieści, krótkie czy długie, będzie rósł – wraz z głodem czytania, nałogiem posiadania i odradzającą się właśnie modą na – a jakże! – kluby czytelnicze.

Weronika Murek, „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”, Czarne 2015 r.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s