„Wilk”, czyli odnaleziona po latach powieść Marka Hłaski, której autor nie zdecydował się wydać. Czy słusznie?

wilkOd razu wyłożę kawę na ławę. „Wilk” Marka Hłaski jest jak „Rocky 5” – to propozycja dla najwierniejszych fanów. Takich, którzy kochają bezkrytycznie, i którzy z pocałowaniem w rękę kupią kolejną pozycję uwielbianego twórcy, ciesząc się, że w ogóle powstała. Wiem, co piszę, bo czytając „Wilka” czułam się jak w kinie na piątej odsłonie przygód Rocky’ego: nieco osamotniona, z góry pełna aprobaty, gotowa przymknąć oko na wszelkie scenariuszowe potknięcia i nonsensy.

Historia „Wilka” jest dobrze znana, więc tylko szybciutko ją przypomnę. Hłasko pisał tę powieść w wieku dziewiętnastu lat i zawarł umowę z Iskrami, wziął zaliczkę, po czym nie dostarczył wydawnictwu tekstu. Po latach książkę odkrył doktorant polonistyki – z zaskoczeniem stwierdził, że ma w rękach literacki rarytas, nieznaną powieść Marka Hłaski. Iskry wydały ją ochoczo, tłumacząc, że w ten sposób Hłasko symbolicznie wywiązuje się z umowy zza grobu.

Dlaczego Hłasko nie zdecydował się debiutować tą powieścią, można tylko przypuszczać. Oto moje podejrzenia.

Fabuła

„Wilk” opowiada historię młodego chłopaka, Ryszarda Lewandowskiego, który dorasta w latach 30. XX wieku w warszawskiej dzielnicy Marymont. To siedlisko nędzy, brudu, beznadziei i bezrobocia. Ludzie są upodleni, szarzy, gotowi skoczyć sobie do gardeł, byle tylko przetrwać kolejny dzień. Dawno temu utracili godność i marzenia. Bohater próbuje znaleźć wyjście z nędzy, ale nie wie, gdzie szukać drogi do lepszego życia. Najpierw marzy o ucieczce do Ameryki i zostaniu kowbojem, później gotowy jest zacząć kraść i przystąpić do ferajny, w końcu przyjmuje poniżającą pracę, polegającą na tym, że za pieniądze kioskarzy bije nielegalnych sprzedawców gazet. Kiedy nie może znieść poniżenia, rzuca to zajęcie, i głoduje z przedwcześnie postarzałą matką oraz ojcem furmanem, do czasu aż… Aż uświadamia sobie, że pełne poświęcenie sprawie robotników i zrozumienie ich niedoli, a także rzeczywiste wsparcie oferuje biednemu Marymontowi i innym uciskanym dzielnicom jedynie partia komunistyczna.

Odkrywca książki tłumaczy w posłowiu, że akcenty ideologiczne („Co to jest szczęście? Szczęście to – partia!”) zostały rozmieszczone tak, by nie zabić wartości literackich „Wilka” i stanowią klasyczny „ogarek diabłu” – coś , co trzeba było w latach 50. dodać, żeby powieść w ogóle mogła zostać wydana. Niby to prawda, ale mniej więcej do trzech czwartych książki. Finał w „Wilku” nie jest już ornamentowy. Strajk w fabryce na Marymoncie, w czasie którego czystość komunistów uwodzi wyrosłego w brudzie Ryśka, stanowi logiczne ukoronowanie całej fabuły i zawiera m.in. natchniony opis malowania przy świecach portretu Stalina oraz złośliwy pamflet na działaczy PPS-u, którzy zostali przedstawieni jako zdrajcy klasy robotniczej, broniący sanacyjnego i kapitalistycznego status quo. Czyli mówiąc dosadnie – to jest już przejechane grubo i w żaden sposób nie do obronienia (choć zastrzegam, że nie znam wiele dzieł socrealizmu, więc może rzeczywiście ten wytwór rozpalonej wyobraźni Hłaski to przy ówczesnej prozie pikuś).

Na mój nos, nos wiernego czytelnika, autor „Wilka” nie wydał tej książki, ponieważ w to, co napisał, ani odrobinę nie wierzył. Hłasko dopuszczał prawdziwe zmyślenia, ale cały finał „Wilka” to propagandowy bullshit, nieprawdziwe zmyślenie. Wydać to znaczyłoby – mówiąc brzydko – skurwić się w debiucie. Rezygnując z „Wilka” Hłasko debiutował „Pierwszym krokiem w chmurach”, zbiorem opowiadań autentycznych, mocnych i szczerych do bólu, a także…

Styl

…a także o wiele lepszych literacko.

„Wilk” rozpada się na dwie części. Po fatalnych kilku pierwszych stronach mamy długie fragmenty pokazujące przedwojenny Marymont, które są znakomite. Świetnie odmalowane postacie od razu „się czuje”, w soczystych, mocnych dialogach nie ma nic sztucznego, realia pokazane zostały skrupulatnie – widać, że autor nie dość, że miał talent, to jeszcze przejrzał archiwa. Jest tu wszystko, co kochamy u Hłaski, emocje, mięso i rozmach, i każdy fan będzie w pełni usatysfakcjonowany.

Później jednak poziom książki obniża się. Potykamy się o liczne opisy przyrody, które absolwentom czteroklasowego liceum przypomną Żeromskiego przyprawionego Orzeszkową („mgiełki błękitnieją, drgają nad zarosionymi łąkami, z kropelek migocących są utkane”…), młodszych zaś czytelników wprawią w osłupienie – trzy lata gimnazjum razem z trzema latami liceum nie przygotowały ich na odkrycie, że słowa w języku polskim da się połączyć w tak kwieciste zdania. Styl książki, przez który prześwitują lektury młodego Hłaski, bardzo się zestarzał. Nie są to może „Krzyżacy”, ale pisze się już inaczej, co w połączeniu z naturalnymi dla debiutanta potknięciami powoduje, że do bojowego finału „Wilka” dotrą najwierniejsi. Żeby nie przesadzić z krytyką, dodam, że książka nie jest zła. Trzyma tempo, nieznających nowelek pozytywistycznych może zaskoczyć fabułą, a jeśli uświadomimy sobie młody wiek autora, to w ogóle pójdzie nam w pięty – mimo to do następnych utworów Hłaski jej daleko.

Czy autor czuł, że to jeszcze nie to? Czy miał wrażenie, że może pisać lepiej, i również dlatego zakopał „Wilka” w szufladzie, traktując go jako wprawkę? Jeśli tak – chapeau bas! Dobrze wiem, jak silne jest pragnienie literackiego debiutanta, by zadebiutować; oparcie się takiemu pragnieniu, gdy przychodzi za wcześnie, to znak siły woli i naprawdę sporego rozsądku.

Szczęście fana

Czytałam zwykłe wydanie „Wilka”, czyli wersję w białych okładkach z posłowiem oraz starannie opracowanymi przypisami (straszą nadmiarem tylko na pierwszych kartkach). I jedno i drugie przydaje się podczas lektury. Przypisy pozwalają niewarszawiakowi odnaleźć się w realiach, posłowie zaś ułatwia wybaczenie Hłasce, że w tej powieści jest dopiero swoją zapowiedzią. Nie obraziłabym się na jeszcze parę zdjęć z epoki, ale wiem, że to już lekkie wybrzydzanie; książka sprzedana jest ładnie.

Pozostaje zastanowić się, czy wydawanie „Wilka” w 2015 roku, dawno po śmierci nie tylko Hłaski, ale i świata, który opisał, w ogóle miało sens? Lub inaczej – czy miało sens inny niż finansowy (bo ten oczywiście miało, w końcu nie cierpimy w Polsce na nadmiar legend literackich, których portrety drukuje się na koszulkach)? Ostatecznie Hłasko „Wilka” z szuflady nie wyjął, czy nie wypadałoby uszanować jego woli? Czy nie zgrzyta teraz zębami, że pochylamy się z uwagą nad jego młodzieńczym aktem twórczej gorączki?

Stawiam te pytania, ale zamierzam na nie odpowiedzieć, bo to nie są pytania do mnie. Ja jestem fanem, na szóstą część Rocky’ego też pójdę.

Marek Hłasko, Wilk, Iskry, 2015 r.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s