„Pozdrowienia z Korei” – czyli typowa lektura nieobowiązkowa

pozdrowienia-z-korei-uczylam-dzieci-polnocnokoreanskich-elit-b-iext28704479Kilku młodych mężczyzn pochyla się nad trawnikiem. Kucają jeden obok drugiego. Pozostaną w tej pozycji kilka godzin. Żaden się nie skarży – ani na to, co robią, ani czym. Na polecenie przełożonych strzygą trawę… nożyczkami.

Tę scenę wielokrotnie widziała Suri Kim, pochodząca z Południowej Korei Amerykanka, która pracowała jako nauczycielka na uczelni w stolicy Korei Północnej. Suri Kim udało się tam zatrudnić na jeden semestr. Swoje doświadczenia opisała w książce „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit”.

Nauka w więzieniu

PUST (to skrót nazwy owej uczelni) jest nietypową placówką – zbudowana w Pjongjangu  i prowadzona przez misjonarzy za pieniądze gmin ewangelickich z całego świata. Dlaczego północnokoreański reżym wyraził zgodę na jej powstanie? Ponieważ potrzebował ośrodka, w którym w bezpiecznych, starannie kontrolowanych warunkach uczono by angielskiego dzieci notabli.

Bezpieczne warunki to określenie eufemistyczne – lista zakazów, jakich musieli przestrzegać nauczyciele, niewiele różniła się od reguł obowiązujących w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Przede wszystkim nauczyciele uczyli zawsze w parach. Musieli zatwierdzać u opiekunów plany wszystkich lekcji i wszystkie proponowane materiały (np. rysunki domu, drzewa czy krzesła). Mieszkali w kampusie, którego nie wolno im było opuszczać. Jeszcze na lotnisku zabrano im telefony komórkowe i paszporty, a ich poczta emailowa podlegała cenzurze. Raz w tygodniu wieziono ich do tego samego centrum handlowego; za benzynę i pracę kierowcy płacili z własnej kieszeni. Pobyt w Korei Północnej umiliło im jedynie kilka wycieczek do starannie wybranych miejsc (typu farma jabłek czy muzeum zawierające wyłącznie prezenty, jakie dostali z różnych krajów przywódcy Korei).

Lista tematów, jakie mogli poruszać w rozmowach z uczniami, była ściśle określona. Nie wolno im było chwalić swoich krajów ani dokonywać porównań. Nie mogli pytać uczniów, kim są ani kim są ich rodzice. Nie mogli prostować kłamstw propagandowych (Korea Północna nadal toczy formalnie wojnę z Koreą Południową, KPłd i Stany Zjednoczone to jej największy wróg). Jednak mimo tych obwarowań półroczny kontakt ze studentami z Korei Północnej okazał się oszałamiającym doświadczeniem.

Jak u Orwella

Życie w permanentnym zakłamaniu… Dwudziestoletni uczniowie Suri Kim ani razu nie poskarżyli się, że ich krajowi lub im osobiście czegoś brakuje. Więcej – domagali się od niej przyznawania, że np. Pjongjang to najpiękniejsze miasto świata, a miejscowy makaron to najlepsza potrawa, jaką kiedykolwiek jadła. Nie wiedzieli, że istnieje coś takiego jak internet, lub że telewizja na Zachodzie może mieć kilkaset kanałów. Z niedowierzaniem słuchali o poprzednich podróżach nauczycielki. Na następnych zajęciach kilka ze studentów zaczęło twierdzić, że oni też latają na wakacje samolotem.

Kim polubiła swoich uczniów, współczuła im i w miarę możliwości próbowała choć w szczątkowy sposób informować, jak naprawdę wygląda życie w zewnętrznym świecie. Jednak nawet ją zdumiewało, jak łatwo jej studenci kłamali w oczywistych sprawach. W ogóle ci dwudziestokilkulatkowie zachowywali się jak znacznie młodsi chłopcy – bardzo ambarasowało ich na przykład, jak poderwać dziewczynę. Na pytanie, jaka powinna być ich przyszła żona, odpowiadali zgodnie: posłuszna. Podzieleni byli na grupy, z których każda miała wybranego gospodarza, trzymali się zawsze w odgórnie ustalonych parach. Żyli w wiecznym kolektywie, od rana do wieczora, bez kontaktu z rodzicami, bez żadnych rozrywek. Gdy jeden miał urodziny, koledzy przygotowywali dla niego skecze i śpiewali mu piosenki. Nie mogli nigdzie wyjść, telewizja, jeśli działał prąd, nadawała kilka godzin dziennie, wyłącznie programy propagandowe lub seriale chińskie i radzieckie z lat 50-tych. Ich życie, choć w Korei Północnej wygrali los na loterii, wydawało się nieprawdopodobnie smutne i trudne.

„Pozdrowienia z Korei” to bardzo ciekawa, ale niestety również słaba książka. Autorka pisze przeciętnie i zupełnie niepotrzebnie wplata do opowieści swoje problemy sercowe (wstawki o kochanku w NY są zwyczajnie zbędne). Dobrze oddaje klaustrofobiczny klimat zamknięcia w PUST, ale właściwie pomija historie i motywacje innych nauczycieli (działalność misjonarska w warunkach, w których nie wolno wymówić słowa Bóg, jest pomysłem dość oryginalnym, chciałoby się usłyszeć o tym więcej). Po lekturze, łatwej i prędkiej, pozostaje uczucie niedosytu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s