Jak NIE wydawać książek popularnonaukowych – na konkretnym przykładzie

Ten temat kusił mnie od dawna, ale dopiero w tym roku wpadła mi w ręce książka z serii „Na ścieżkach nauki”, o której mogę powiedzieć w przypływie optymizmu – jest taka sobie. Porusza ciekawe, nagłówkowe zagadnienie, ma szacownych autorów, przekazuje konkretną wiedzę z nauk ścisłych i background filozoficzny, a jednak przez więcej niż dwa rozdziały przebrnie jedynie chemik-samotnik stroniący od kontaktu z rzeczywistością lub dewiant-masochista, którego fetyszem jest nuda.

Dlaczego?

W_poszukiwaniuZacznijmy od początku. Książka, o której mowa, to „W poszukiwaniu życia. Badania Układu Słonecznego”. Temat-rzeka, można z niego zrobić rozmowę na nowy wiek… Jak wyglądałoby życie nieoparte na węglu? Na planecie z inną grawitacją i atmosferą niż ziemska? Czy można go szukać pod lodem, w kwiasie, w innych rozpuszczalnikach niż woda? Co to w ogóle jest życie, jak je zdefiniować? Skąd chęć jego poszukiwania, dlaczego my, ludzie, mamy potrzebę eksploracji?

1. Za szeroki temat. Dużo tego, prawda? Historia eksploracji a powstanie samoreplikującej się cząsteczki chemicznej to naprawdę dwie różne rzeczy i łączenie ich pod jednym szyldem niespecjalnie się sprawdziło. W pierwszym rozdziale książki dostajemy skrócony opis najważniejszych odkryć geograficznych, rozdział drugi – to chemia dla zaawansowanych o molekularnych podstawach życia, parę rozdziałów dalej zaś mamy wątek o potencjalnej przewadze lotów załogowych nad robotycznymi i o historycznej dyskusji nad tym dylematem. Każdy z tych rodziałów to temat na oddzielną pozycję i to z tych grubszych, drukowanych małą czcionką. Co gorsza, w książce nie padają odpowiedzi na te najciekawsze pytania – o życie niewęglowe, na planecie o grawitacji i atmosferze innej niż ziemska – więc po jej przeczytaniu nadal nie będziemy umieli sobie wyobrazić tego, czego dotychczas nie potrafiliśmy sobie wyobrazić.

2. Za wąski temat. No oczywiście, że za wąski! Dlaczego ograniczamy się jedynie do Układu Słonecznego? Licznik planet pozasłonecznych bijący na stronie kepler.nasa.gov pokazuje, że mamy już ponad 4 tys, kandydatek na planety, książka jest co prawda sprzed kilku lat, ale napisana już po odkryciu Wolszczana – więc czemu zostajemy tylko w obrębie US? Bo tylko tutaj jesteśmy w stanie dolecieć? Jeśli tak, tytuł powinien brzmieć: „W poszukiwaniu mikroorganizmów/archeonów/bakterii”…

3. Co trzy głowy, to nie jedna. Autorów książki jest trzech. Są biofizyk, biolożka molekularna i astronom. Podzielili się uczciwie materiałem, tak by każdy opisał dziedzinę, na której się zna. Efekt? Książka jest niespójna, napisana różnymi stylami i na różnym poziomie trudności. Gubi się myśl przewodnia, a gdy się już pojawia, zostaje sprowadzona do banału – jesteśmy stworzeni, by eksplorować, od czasu gdy wyszliśmy z Afryki… Wow!

4. Chemia dla tych, co ją kochają. Tutaj będzie cytat, dobrany, przyznaję, złośliwie: „Stabilne, neutralne lipidy złożone z dwóch łańcuchów węglowodorowych przyłączonych do cząsteczki glicerolu można otrzymać poprzez zagęszczenie kwasów tłuszczowych glicerolem, imitując tym samym stabilne, współczesne fosfolipidy, wykorzystywane przez systemy organizmów żywych”. Zdanie wcześniej i później było podobnie, to samo akapit wcześniej i później, na poprzedniej stronie i na następnej… Porywająca proza, prawda?

5. Ditlenek węgla. Nazwa używana konsekwentnie w całej książce, poprawna, ale jakoś nie mogę jej ścierpieć. Po co tak?

DSC_0079
6. Okładka. I to jest największy odjazd, przepraszam za kolokwializm, ale nie znajduję innych, bardziej szlachetnych słów. Nad wyraźnie obcym, zmutowanym marsjańskim światem szybuje krwistoczerwony grzybomózg podczepiony/zasilany przez cztery naczynia krwionośne… Perspektywa, ujęcie i wykonanie powalają, okładki książek popularnonaukowych dzielą się na dwa rodzaje – albo jest na nich Układ Słoneczny/jego fragment, albo są złe. Ta tutaj tworzy kategorię samą dla siebie, to jest, powiedziałabym, tak kiczowaty bezsens, że aż ma szansę stać się kampem :).

Ogólnie – przykład tej książki pokazuje, że wydawanie pozycji popularnonaukowych jest tak samo trudne jak wszystkich innych, a sukces nie zależy jedynie od nośnego tematu i posiadającego wiedzę autora, ale również woli walki bezimiennego redaktora, który będzie miał na książkę pomysł i zdoła przekonać do niego autora/autorów oraz własnego pracodawcę. Gdy ktoś taki się nie pojawi, mamy ditlenek, grzybomózg na okładce i zmarnowany temat, który ciągle czeka na przynajmniej poprawne opracowanie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s