„Księgi Jakubowe” czyli najlepsza polska książka, jaką czytałam w tym roku

DSC_0002Czekałam na tę książkę z niecierpliwością. W którymś z wywiadów Olga Tokarczuk powiedziała, że napisała ją, by oddać głos ludziom, którym nie dane było nigdy opowiedzieć o sobie. Czyli – jak to rozumiem – stworzyć kultury, która ich przeżyła, lub zapisać się w ludzkiej pamięci. A taki właśnie był los żydowskiej sekty frankistów, która powstała na polsko-tureckim pograniczu w XVIII w. Gdyby nie znakomity film „Daas”, nie miałabym pojęcia o istnieniu Jakuba Franka – i, jak sądzę, moja ignorancja nie byłaby wyjątkowa.

Czymś, co uwodzi w historii żydowskich odszczepieńców, jest jej umiejscowienie: zawsze na granicy, na styku, krawędzi. Południowe krańce Polski i północne Turcji pokazane są u schyłku potężnej niegdyś Rzeczpospolitej, w momencie, gdy świat się przełamuje – gdzieś daleko po raz pierwszy zostaje ujarzmiony piorun, a popularność zdobywają dzieła Newtona. W ciemnościach, we mgle, na mrozie, który paraliżuje ludzkie osady na całe miesiące, kiełkują już nasiona oświecenia, kładzie się podwaliny pod wiek rozumu. Karoce nie wytrząsają już z podróżnego duszy, bo zaczyna się w nich montować resory, łacina, jako język wykształconych, ustępuje francuskiemu.

„Księgi Jakubowe” rozpięte są między starym a nowym. Akcja zawiązuje się w miasteczkach Podola: w Rohatyniu, Busku, Kamieńcu. Targ rohatyński wyłania się z mgły, żydowskie domostwa zaskakują tysiącem zakamarków, przed chłopskimi domami stoją krzyże – liczba wbitych w nie gwoździ oznacza pozostałe jeszcze lata zwolnienia od pańszczyzny. Rozwiązuje się zaś w Wiedniu, Brunn i Offenbachu, gdzie co niedziela zachodzi się do kawiarni na filiżankę tureckiej kawy i ciastko. To już jest inny świat; ktoś taki jak Jakub Frank, mistyk, kabalista, nieudany Mesjasz, nie jest w nim zwyczajnie potrzebny.

Szabtajczycy i ciapciuchy

Sekta frankistów (zwanych przez lud ciapciuchami) wywodziła się z innej sekty żydowskiej – szabtajczyków. Byli to zwolennicy Szabtaja Cwi, który w XVII w. ogłosił się w Smyrnie Mesjaszem, a następnie, zagrożony przez władze tureckie, przyjął islam. Jego następcą, Drugim, został niejaki Baruchjia, po nim zaś Mesjaszem nazwał się Żyd z Korolówki Jakub Frank. Frank zdobywał wyznawców wśród szabtajczyków; głosił, że misją Trzeciego jest przejść przez najniższe kręgi świata, by zebrać stamtąd iskry boże, i w ten sposób zapięczętować stary świat, a otworzyć nowy.

Gdzie znajdowały się te najniższe kręgi? Co mogło być dla Żydów najgorszą rzeczą, złamaniem najświętszych praw? Oczywiście zmiana wyznania. Szabtaj Cwi przeszedł na islam, Frank i jego zwolennicy – na katolicyzm.

Jak można się domyśleć, pomysł ten znalazł wielu zwolenników wśród polskich możnych i władz kościelnych. Pozwalał przedstawiać Polskę jako kraj, gdzie zdarzył się cud nad cudy – tysiące Żydów przyjmują dobrowolnie chrzest, istny koniec świata! Wydarzenie miało taką rangę, że początkowo nie przyjrzano się wystarczająco uważnie wierze frankistów; przymknięto na przykład oko na nietypowe praktyki seksualne, którym oddawano się we wspólnotach, oraz znacznie istotniejszy fakt, że frankiści wcale nie porzucili swoich wierzeń dla katolicyzmu, ale raczej starali się wkomponować jego elementy w swoje credo.

Gdy wyszło na jaw, że Jakub Frank w istocie ma siebie za Mesjasza, specjalna komisja kościelna przesłuchała go, po czym nuncjusz nakazał uwięzić – bezterminowo, na Jasnej Górze. Frank opuścił klasztor po trzynastu latach, dopiero po pierwszym rozbiorze Polski. Udał się do Brunn, gdzie próbował na dworze cesarskim uzusykać to, o co wcześniej zabiegał u biskupów w Warszawie – kawałek ziemi, gdzie on i jego wyznawcy mogliby żyć z dala od świata, na swoich zasadach. Ostatnie lata przeżył jako poddany cesarza Austrii, polski hrabia i austryjacki baron; mieszkał w pałacu i utrzymywał dwór. Hojnie wspomagali go współwyznawcy, którzy – dzięki przejściu na katolicyzm – zyskali bezpieczeństwo, dorobili się i najczęściej awansowali, przeskakując w ciągu jednego pokolenia kilka szczebli drabiny społecznej.

Książka jak film

Niezwykła historia, prawda? I książka też jest niezwykła. Olga Tokarczuk pisała ją sześć lat, pieczołowiecie odtwarzając etnograficzne detale. Dowiadujemy się więc, co sprzedawano na targu w Rohatyniu, kto i jak bawił się na żydowskim weselu, co nosiły kobiety, jak zarabiali mężczyźni. Świat „Ksiąg Jakubowych” jest, szczególnie w pierwszej części, prawie namacalny. Słowa działają na zmysły, czytanie przypomina oglądanie filmu w kinie 4D, gdzie dźwięki płyną ze wszystkich stron, fotelami trzęsie, a ściany wydzielają zapachy. Wybór czasu teraźniejszego spowodował, że od książki trudno się oderwać, a postacie znajdują się bardzo blisko czytelnika; niekiedy prawie czuje się ich obecność. Pierwszą połowę „Ksiąg” czytałam z nieustannie ściśniętym sercem – żal mi było opisanych ludzi, współczułam niemal każdej postaci: Żydom, żyjących życiem mchów, które próbują zaczepić się na skrawku najgorszej gleby, chłopom, których los był właściwie tożsamy z losem niewolników, księdzu Benedyktowi Chmielowskiemu, którego intelektualne potrzeby i miłość do książek skazywała w miejscu i czasach, gdzie przyszło mu żyć, na głęboką samotność. Zrozumiałam też – a przynajmniej tak mi się wydaje – dlaczego w sektach rosyjskich i u frankistów aprobowano orgie, wielożeństwo, dlaczego kastrowali się rzezańcy – sekta to propozycja dla najbiedniejszych, także społecznie i politycznie, dla tych, którzy nie mają żadnych praw albo których praw można w każdej chwili pozbawić, którzy nie mają protektorów ani nadziei na poprawę losu, dla tych, którzy nia mają w p ł y w u. Przystępując do sekty odzyskuje się wpływ, choćby na swoje ciało, odwracając prawa, jakim się podlega, również dotyczące seksu, można wreszcie o czymś zadecydować. Wydaje mi się, że my, żyjąc w XXI wieku, nie umiemy sobie nawet wyobrazić, jak nieszczęśliwi bywali kiedyś ludzie.

W tym sensie lektura sprawdza się jako ćwiczenie z empatii – i moim zdaniem nie jest to mało, uwrażliwianie ludzi wydaje mi się jednym z najpiękniejszych celów literatury.

Co jest największą zaletą „Ksiąg Jakubowych”? Chyba to, że książka daje bardzo dużo do myślenia. Kilka wątków zaznaczyłam powyżej, warto wspomnieć jeszcze o jednym. Jak z goryczą wylicza ksiądz Chmielowski: na sześset tysięcy szlachty wydaje się rocznie w Rzeczpospolitej tylko trzysta książek! I to szlachcie wystarcza! No właśnie – pokazani przez Tokarczuk szlachcice i magnateria to w przeważającej mierze hulaki i prymitywi. Opis zabaw, jakie dla Augusta III Mocnego organizuje bodajże książę Radziwiłł, zapiera dech w piersiach – wspomnę tylko o dzikach, którym do grzbietów przywiązano koty, a potem szczuto psami ku uciesze najlepiej urodzonych. Polacy w „Księgach Jakubowych” najczęściej wywołują uczucie zażenowania; gdy zaś okazuje się, że nawet najbardziej światły z bohaterów jest skłonny wierzyć, że Żydzi potrzebują krwi chrześcijańskiej na mace, robi się zimno.

Tokarczuk_2

O wydaniu i wadach „Ksiąg”

Książka jest wydana bardzo pięknie, grube okładki, dobry papier i eleganckie czcionki wielu języków uzasadniają wysoką cenę. Numeracja od końca – czyli od strony 903 do 1 – to, jak wyjaśnia na końcu Tokarczuk, „ukłon w stronę książek pisanych po hebrajsku”; nie wiem, czy konieczny. Zakładam też, że zabieg z powtarzaniem na następnej stronie ostatnego słowa z poprzedniej kryje mistyczny sens; mnie nie pomagał ani przeszkadzał. Podobał mi się za to podział na księgi wyznaczające kolejne etapy życia Franka; ułatwiał lekturę i współtworzył ten szczególny, jedyny w swoim rodzaju klimat autentycznego poznawania przeszłości, który towarzyszy czytającemu Tokarczuk od pierwszej strony.

Jeśli nie mamy na myśli literatury popularnej, wspominanie o wadach książki pozostaje wysoce subiektywne; jest to, moim zdaniem, nie tyle przyganianie autorowi, ile odsłanianie wrażliwości czytającego. Dlatego jeśli napiszę, co mi się w „Księgach Jakubowych” nie podobało, będzie przede wszystkim informacja o moich gustach czy też potrzebach czytelniczych – i jako taka powinna być rozumiana. Jakub Frank, bohater książki, jest jedyną postacią „nieopowiedzianą” przez autorkę – oglądamy go zawsze oczami innych. Zabieg sprawdza się przez większą część „Ksiąg”, Frank ciekawi, próbujemy pojąć jego fenomen; jednak im bardziej zbliżamy się do końca, tym szybciej emocje opadają, tajemnica pozostaje tajemnicą, a czytelnik nie ma się z kim utożsamiać. Wrażenie to pogłębia fakt, że gdzieś w połowie większość żydowskich bohaterów zmienia imiona i nazwiska – od tego momentu przestałam ich rozpoznawać (poza Nachmanem). Jak wszyscy zapaleni czytelnicy lubię grube książki, ale tej ujęłabym ze 150 stron, rezygnując z kilku pobocznych wątków i postaci. Nie jestem też przekonana do zakończenia – czyli przywołania postaci autorki, zszycia w ten sposób materii powieści z rzeczywistością. Zgrzytnęło mi tu coś, nie wiem: może chciałam wierzyć, że książka powstała jakoś mniej banalnie niż wystukana na komputerze przez „postać z twarzą oświetloną bladą poświatą”?

Wszystko powyższe nie zmienia jednak tego, o czym wspomniałam w tytule wpisu: to najlepsza polska książka, jaką czytałam w tym roku.

Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie 2014 r.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s