„Beksińscy. Portret podwójny” czyli jak dziennikarz zamienia się w pisarza

BeksinscyX, dziennikarz z kilkunastoletnim stażem, opowiedział mi kiedyś o swoich początkach w roli literata. – Kiedy przyszedłem do wydawcy i przyniosłem mu pierwszą książkę, odrzucił ją z miejsca, mówiąc: proszę pana, z dziennikarza nigdy nie będzie pisarza!…

Mój kolega nie zniechęcił się tą opinią. Od tamtych czasów wydał już z osiem książek, a jego ostatnie dzieło z gatunku non-fiction całą wiosnę okupywało najwyższe miejsca na listach bestsellerów.

Mimo tego sukcesu X zachowuje skromność. – Publicznie nigdy nie powiedziałbym o sobie: ja, pisarz – deklaruje. Rozumiem go dobrze. Zgadzamy się nie tylko co do tego, że dziennikarz może być dobrym pisarzem, ale również – co mniej oczywiste – że pisarza nie czyni ani sława, ani liczona w tysiącach egzemplarzy sprzedaż.

A zatem – jak dziennikarz zamierza się w pisarza?

Najprościej można by powiedzieć: gdy porzuca non-fiction na rzecz fiction. Jeszcze pół roku temu udzieliłabym podobnej odpowiedzi. Ale ostatnio zmieniłam zdanie. Stało się to po przeczytaniu książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”. Ta książka, jedna z najlepszych, jakie pojawiły się na rynku w tym roku, nie jest fikcją, ale nie ma też nic wspólnego z typową produkcją dziennikarzy. Moim zdaniem znakomicie obrazuje moment, kiedy utwór dziennikarza przestaje być tylko rozbudowanym reportażem, a zyskuje to cudowne „coś”, dzięki czemu zamienia się w literaturę.

Poprzednia pozycja Grzebałkowskiej, biografia księdza Twardowskiego, niezbyt mi się podobała. Przeczytałam ją lekko, ale raziły mnie liczne wstawki, pokazujące dziennikarską pracę – opisywanie poszukiwania źródeł, umawiania się na rozmowy itp.

„Beksińscy”, łączona biografia Zbigniewa Beksińskiego, malarza, i jego syna Tomasza Beksińskiego, prezentera radiowej Trójki, pozbawiona jest wszelkich zbędnych ozdobników. Po bardzo mocnym początku robi się tylko ciekawiej. Doskonała selekcja materiału, precyzyjna konstrukcja, świetny język z udanymi próbami sięgania po środki czysto literackie (np. fragment o gimnastyce) powodują, że od książki trudno się oderwać. Oczywiście nie ma tu też łatwizny w rysowaniu bohaterów, obaj Beksińscy zachowują swoje tajemnice. Po przeczytaniu kilkuset stron trzeba opowiedzieć ich sobie samemu. Ja spędziłam wieczór słuchając audycji Tomka Beksińskiego, a następnego dnia męczyłam kolegów plastyków pytaniami o twórczość Zbigniewa.

Dlaczego Zbigniew Beksiński malował rozkład, gnijące ciała i zetlałe tkaniny, surrealistyczne fantazje, których źródeł próżno szukać w sennym Sanoku? Dlaczego jego syn wiele razy próbował odebrać sobie życie?

To, że książka pozostawiła mnie zaintrygowaną, szukającą własnych odpowiedzi, jakiegoś follow-upu, jest według mnie najlepszą rekomendacją.

– Jak oceniacie twórczość Beksińskiego? – zapytałam kolegów, absolwentów ASP.

– To był genialny ilustrator. Fotoszopista bez Photoshopa – odpowiedzieli zgodnie.

– Co mówiło się o nim na waszych studiach? Czy był jakimś punktem odniesienia, czy był choćby krytykowany?

– Nigdy – znów zgodzili się ze sobą. – Żaden z profesorów nigdy o nim nie wspomniał.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s