Dlaczego niepokoi mnie, że „Amerykaana” przeszła w Polsce bez echa

adichieO istnieniu „Amerykaany” dowiedziałam się przypadkiem. Ten przypadek nie daje mi spokoju z kilku powodów.

Po pierwsze ponieważ to dobra książka. Ma aktualny temat, jest wciągająca, pełna niebanalnych obserwacji. Opowiada o Nigeryjczykach przenoszących się do krajów „pierwszego świata”: Wielkiej Brytanii i USA. Na pozór nie ma to z nami nic wspólnego, w rzeczywistości oddaje doświadczenia każdego emigranta. Kogoś, kto musiał zmierzyć się z tym, że spada z drabiny społecznej głową w dół… Jeden z bohaterów Adichie, syn profesorski, na Wyspach sprząta toalety i walczy o prawo stałego pobytu. Skąd my to znamy?

Po drugie ponieważ Adichie stworzyła bohaterki, które nadają się na ikony feminizmu. To, że są silne, to nic. One – zarówno Ifemelu, jak i ciocia Uju – mają nieprawdopodobną zdolność zmiany. Nie tylko swojego wyglądu (wybielanie skóry, prostowanie włosów), ale też języka, mężczyzny, miejsca zmieszkania, zawodu. W jakimś sensie cały czas znajdują się „w drodze”, zawsze gotowe stworzyć siebie na nowo. I – nie zastanawiając się za bardzo nad tym – dają sobie prawo do bycia niedoskonałymi.

Po trzecie ponieważ po przeczytaniu „Amerykaany” można zadumać się nad naszym jednorasowym społeczeństwem, które – choć na co dzień nieprowokowane innym kolorem skóry, językiem czy wyznaniem – bardzo słabo sobie radzi z odmiennością. Wreszcie po czwarte dlatego że lektura uświadamia, iż żyjemy w najbogatszej części świata, z (niedocenianym) dobrodziejstwem faktycznej demokracji.

Z wyżej wymienionych powodów, do których należy dodać zwyczajną przyjemność tygodniowej lektury, napawa mnie lękiem, że książka trochę się na naszym rynku zgubiła. Co się dzieje z naszą krytyką literacką? Z pismami, które jeszcze publikują recenzje książek, z portalami, blogami? Czy tracimy zbiorową zdolność wyłapywania dobrej lektury?

W dzisiejszej „GW” Paweł Dunin-Wąsowicz opowiada o trudnościach wylansowania w Polsce nowego autora (linkuję). Dwa dni wcześniej Kazimierz Orłoś pisał, że zalewa nas literatura popularna, i nawet te książki, które zaliczmy do literatury wyższej, powstają łatwo i nie odwołują sie do doświadczeń życiowych autora (linkuję). Wszyscy czytający zdają sobie sprawę z istnienia sprzedawcy-molocha – Empiku – który skutecznie wyklucza z rynku mniejszych wydawców. To daje powody do lęku na serio: czy dobre książki nam się już tylko gubią? A może od roku w sprzedaży – tylko wysyłkowej, tylko w małych księgarniach – leży polska „Amerykaana”? I nikt jej nie zrecenzował, bo miała okładkę niskopółkową (vide książka Adichie, wyglądająca u nas jak harlequin)?

A może – co wcale nie nieprawdopodobne – ktoś posiadający dość talentu, by napisać mądrze o współczesnej Polsce – właśnie rezygnuje z tej próby, bo nie chce być postrzegany przez pryzmat prawo/lewo? Lub zawstydza go, że znalazłby się w jednym rzędzie z żalącymi sę wulgarnie w sieci, że zarobili tylko 6800? Albo nie jest gotowy do promowania się ekstrawaganckimi zachowaniami/ odsłanianiem prywatności?

Krótko mówiąc, po przeczytaniu „Amerykaany” zaczęłam się zastanawiać: czy w Polsce są warunki – nie tylko ekonomiczne, ale przede wszystkim społeczne – do powstawania dobrej literatury.

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Dlaczego niepokoi mnie, że „Amerykaana” przeszła w Polsce bez echa

  1. Empik też sprzedaje dużo mniej znanych książek, sama nie raz byłam miło zaskoczona kiedy znalazłam coś, co wiem że trudno dostać. Tylko trzeba po prostu wiedzieć po co się przyszło. 🙂 Wiadomo, że priorytetem są lektury popularne, bo właśnie po nie ludzie (a szczególnie młodsza część czytelników) najczęściej przychodzi. Teraz na rynku jest tak dużo dobrych i mało znanych książek, nie sposób żeby księgarnie miały je wszystkie w ofercie 🙂 Ja uważam, że jak ktoś się tym interesuje, to zawsze gdzieś takie pozycje znajdzie.

  2. To prawda, Empik sprzedaje mało znane książki, ale przede wszystkim dużych wydawnictw. Małe wydawnictwa, które chętniej ryzykują wydawanie np. debiutantów, mają problem ze spełnieniem wymagań Empiku – choćby dotyczących wykupywania promocji – i utrzymaniem się na rynku. Opowiadała o tym Krystyna Bratkowska, założycielka wydawnictwa Nisza, w wywiadzie w dwutygodnik.com. Oto link do tej ciekawej rozmowy:
    http://www.dwutygodnik.com/artykul/5257-projekt-ksiazka-wydawczyni.html

    Drugie to też prawda, i też z „ale”. Faktycznie można znaleźć praktycznie każdą pozycję, jakiej się szuka, ale czy będzie nas stać na jej zakup? Np. upolowanie „Prochu i Pyłu” Anatolija Rybakowa za mniej niż 100 zł (bez kosztów wysyłki) jest już od lat niemożliwe.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s