Krótka historia czasu

krtókaTa książka była fenomenem – sprzedała się w milionach egzemplarzy, a przy tym nikomu nie przynosiło ujmy oświadczenie, że się jej nie rozumie. Stephen Hawking napisał „Krótką historię czasu” w połowie lat 80., by spopularyzować najnowsze koncepcje z dziedziny fizyki teoretycznej. Odniósł wielki sukces, łącząc zagadnienia czysto naukowe z poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie – czy współczesna fizyka pozostawia miejsce na Boski akt stworzenia? Czy dopuszcza sprawczą działalność Boga?

„Krótka historia czasu” zaczyna się od Arystotelesa. Hawking w skrócie pokazuje, jak ewoluowały poglądy na kształt wszechświata i miejsce, jakie zajmuje w nim Ziemia. Szerzej zajmuje się dopiero współczesną mu kosmologią. Jest tu sporo o czarnych dziurach, koncepcji wszechświata bez brzegów, jest słynne optymistyczne założenie, że do końca XX wieku wszechteoria fizyczna zostanie opracowana. Książka przekazuje solidną dawkę wiedzy – przyznaję jednak, że bez paru wcześniejszych lektur nie dobrnęłabym do tylnej okładki. Bo żarty żartami, ale czuję się bezradna wobec twierdzenia, że przy zastosowaniu liczb urojonych czas staje się nierozróżnialny od przestrzeni. Z czymś takim nawet wiki nie pomaga się uporać.

Mimo to prawie trzydzieści lat po napisaniu „Krótka historia…” pozostaje pozycją bardzo interesującą. Z kilku powodów. Po pierwsze czytając ją, nie miałam poczucia, by się specjalnie zdezaktualizowała. Owszem, od jej napisania zgromadziliśmy mnóstwo szczegółowych danych dotyczących mikrofalowego promieniowania tła, gwiazd i planet. Jednak nadal brakuje zasady fizycznej pozwalającej połączyć ogólną teorię względności z mechaniką kwantową. Innymi słowy – jak nie było teorii wszystkiego, tak nie ma; są jedynie, jak w kolejnym etapie konkursu piękności, coraz lepiej dopasowane kandydatki. Niemniej nikt jeszcze nie opracował koncepcji, z której wynikałyby podstawowe wielkości badane doświadczalnie. O co chodzi? Ano o to, że prędkość światła wynosi 300 tys. km/s – wiemy, bo ją zmierzyliśmy, ale nikt jeszcze nie przedstawił teorii, która przewidywałaby, że promień świetlny ma śmigać właśnie z taką szybkością, a nie jakąkolwiek inną. 

Po drugie Hawking ma poczucie humoru i nie traktuje całego tego kosmicznego chaosu przesadnie poważnie. Rozumie, że dywagacje na temat początków wszechświata w ustach mieszkańców małej planety krążącej wokół zwykłej gwiazdy umieszczonej na łuku niczym niewyróżniającej się galaktyki brzmią raczej komicznie. Wiem, że nic nie wiem, zdaje się pamiętać, wiem, jak wiele nie mogę pojąć. Czy to nie doskonały powód, by o zawiłych teoriach opowiadać z uśmiechem?

Po trzecie interesujące jest to, że książka Hawkinga ujawnia prymat matematyki nad fizyką. Czas urojony, dodatkowe wymiary, które pojawiają się w teorii strun – wynikają z równań, a nie równania z nich. Michio Kaku zwrócił gdzieś uwagę, że wielkość Alberta Einsteina polegała na umiejętności zadania pozornie prostego pytania (np. gdybyś podróżował z prędnością światła obok promienia świetlnego, to co byś widział?). Dopiero z niego  wynikała teoria fizyczna i opisująca ją matematyka. Teraz zaś zaczyna się od matematyki, do której próbuje się dopasować zasadę fizyczną. I wychodzi coś zbliżonego do religii – laik nie pojmie, może tylko przyjąć na wiarę.

Stephen Hawking, „Krótka historia czasu”, Zysk i Ska

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s