Salman Rushdie, „Dzieci Północy”

Rushdie_zdj_2Śrinagar, ćhaja, ćawanni, bap-re-bap, ćugha, krorpati, mumani, badmaś, śakti… Największą barierą, jaką musiałam pokonać, czytając „Dzieci północy” Salmana Rushdiego, była bariera słów. Egzotyczne, obco brzmiące zbitki głosek powodowały, że przez pierwsze dwieście stron książki odczuwałam niepokój. Czy ćhaja to roślina, miejsce, a może stan ducha? Jeśli coś smakuje jak ćatni – to właściwie jak smakuje? Co oznacza dziwaczne zestawienie ś i r w słowie Śrinagar? Zamiast zagłębiać się w fabułę albo po prostu poddać melodii języka, próbowałam porządkować nieznany mi świat.

Uporządkowanie dało efekty – bez obaw o wypaczenie sensu książki mogę stwierdzić, że „Dzieci północy” to powieść o Indiach po uzyskaniu przez ten kraj niepodległości. Jednak, choć pod względem faktograficznym nie ma nic fałszywego w tym opisie, ledwie spoglądam na niego znad następnej linijki tekstu, wydaje mi się powierzchowny i zwodniczy. Opowieść o niepodległych Indiach Rushdiego nie ma bowiem w sobie nic, co nam, Polakom, kojarzy się z takim tematem. Bohaterstwo, pokonywanie przeciwności losu i wrogów zewnętrznych ustępują tu pola magiczności, fatalizmowi, przeznaczeniu.

W dniu narodzin Indii rodzi się dziecko; dziecko ma swój los, który odczytuje z zaciśniętych ust ojca, z zapachu brudnej bielizny w wiklinowym koszu matki. Przeznaczenie, niedomagające się jak pod naszą szerokością geograficzną wielkich słów i czynów, przysiada na brzegu srebrnej spluwaczki albo przybiera rozmyty kształt widziadła; w istocie jest tylko powtórzeniem tego, co już było. Okręg za okręgiem, Rushdie przywołuje te same słowa, zdania, uparcie nakazuje stawać się temu, co już się stało – a przecież wydarzyło się już wszystko, wiele razy.

Po dwustu stronach, kiedy zwalczyłam pierwotny niepokój i nieufność, jaką budziła we mnie bajkowa fabuła (urodzony o północy! podmieniony! porzucony! Amnezja, telepatia, bomby, kuglarze!), spróbowałam przyjrzeć się bliżej kształtowi, jaki wznosił się na moich oczach wzmacniany stałym dopływem obco brzmiących słów. I dostrzegłam – wątpię, czy to szczególne odkrycie – jak różne jest to coś, co tworzy Rushdie, w porównaniu z rzeczywistością powieściową z europejskiego kręgu kulturowego. Celowo używam określenia coś… Słowo rzeczywistość nie wydaje mi się w odniesieniu do „Dzieci północy” poprawne, bo w moim rozumieniu mogą ją tworzyć wyłącznie ludzie działający w materialnym świecie. Tymczasem w książce Rushdiego materialność i niematerialność to pojęcia bynajmniej wcale sobie nieprzeciwstawne. Świat powieściowy – oddzielony od bohaterów tylko w tym opisie i na siłę – jest nacechowany światłem i magią. Tajemniczość przenika potrawy, stroje i budynki, uczucia wcielają się w przedmioty i zdarzenia, a zmysły nie przynależą tylko i wyłącznie istotom żywym. Ta inność, w której odnajdywałam echa inności Marqueza, może zachwycić, ale może też odstraszyć.

I tak jest z całymi „Dziećmi północy”. Ja przeczytałam do końca (sprzyjał temu wypoczynek z dala od miasta i gorączki zawodowej) i tylko krzywiłam się trochę na pojawienie się na kartach powieści Indiry Ghandi, sportretowanej wyjątkowo nieprzychylnie. W ogóle w książce jest więcej postaci autentycznych… Historia Indii i Pakistanu miesza się z biografią głównego bohatera – czytając żałowałam, że zbyt mała wiedza na temat obu państw utrudnia mi dostrzeżenie wszystkich książkowych smaczków i wyłapanie ukrytych w „Dzieciach” znaczeń.

 Salman Rushdie, „Dzieci Północy”, wyd. Rebis 2012.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s