Biedne miasteczko

Jechałem rozklekotaną ciężarówką do miasta, którego nie znałem. O jego istnieniu dowiedziałem się tydzień temu; tyle zajęło mi znalezienie kogoś, kto mógłby mnie do niego zawieźć. Była to nędzna mieścina, położona na odludziu. Prowadziła do niej wyboista droga poznaczona głębokimi wyrwami.

Kierowca prawie się nie odzywał. Rzadki przypadek – ci, z którymi miałem dotychczas do czynienia, zazwyczaj przypominali fryzjerów, poczytujących za swój obowiązek nieustanne zagadywanie klienta. Ten zaś, chudy człowieczek o krótkich rękach, z uporem milczał. To ja musiałem zamienić się we fryzjera albo raczej w natrętnego, naiwnego przybysza – i pytać, pytać. Niewiele mi to przyniosło, poza niesmakiem.

To był już czwarty miesiąc podróży – czas, kiedy nowe zamienia się w stare, zanim zdołamy je dostrzec. Nic więc nie było dla mnie nowe, a jedynie nieznane: subtelna różnica, którą pojmuje tylko podróżnik. Nieznana była ciężarówka, żałosny gruchot, który po kilku godzinach telepania zdążyłem znienawidzić, nieznana wydawała się droga, nieprzybliżająca do horyzontu. I pustka naokoło, czerwono-popielata, też okazała się nieznajoma, choć podobnych widziałem tysiące. Tylko cichacz za kołem stanowił nowość – ale co z tego, skoro była to nowinka zamknięta dla mnie, nie dająca się przeniknąć?

Jechaliśmy cały dzień, długi i upalny. O zmierzchu, kiedy pierwsze domy miasteczka zamajaczyły się na horyzoncie, czułem się wyczerpany – po równi milczeniem, gorącem i podskokami na wybojach. Mimo to jakiś żywszy odruch kazał mi po raz kolejny odezwać się do kierowcy.

– Zna pan może tu jakiś tani hotel?

Spojrzał na mnie przelotnie. Jego głowa poruszyła się, ale w taki sposób, że nie potrafiłem rozpoznać, czy kiwnął nią na “tak” czy pokręcił na “nie”. Ten unik – bo niewątpliwie był to unik – wydał mi się jeszcze wstrętniejszy niż poprzednie milczenie. Przysiągłem sobie, że już się nie odezwę i sięgnąłem ręką do kieszeni, by przygotować pieniądze, jakie byłem mu winny za podróż.

Miasteczko było tuż i mało brakowało, a przegapiłbym moment, kiedy dziurawy trakt przekształcił się w główną miejską ulicę. Jego szerokość i nawierzchnia pozostały bez zmian, tylko wokół zaroiło się od drewnianych domów i skleconych ze słomy chat. Pojawiły się tak niespodziewanie, że gdyby mnie ktoś spytał, nie potrafiłbym wyjaśnić, dlaczego ta mieścina znajduje się właśnie tu, a nie kilometr bliżej lub dalej. Krajobraz dookoła nie zmienił się – nadal była to łagodna, czerwona ziemia, obca większości roślin i zwierząt. Pewnie są tu jakieś podziemne wody czy czort wie co – pomyślałem, rozglądając się.

Ciężarówka zatrzymała się wreszcie. Domyśliłem się, że znajdujemy się w najważniejszym punkcie miasta. Stały tu budy większe od wszystkich, które minęliśmy po drodze, a dziurawy trakt rozszerzył się, zamieniając się w plac. Zawahałem się, kierowca tymczasem szarpnął za klamkę drzwi i żwawo zeskoczył na ziemię. Nie czekał na pieniądze, więc zatknąłem je za kierownicą. Usłyszałem “buch”. Domyślając się, że to mój plecak spadł z paki, wysiadłem tak szybko, jak pozwoliły mi ścierpnięte nogi.

I wtedy wydarzyła się rzecz zdumiewająca: ja znajdowałem się po prawej stronie auta, kierowca po lewej, i podczas gdy cofnąłem się po plecak, on po swojej stronie wrócił do kabiny, po cichutku wsiadł do niej i w momencie, kiedy podnosiłem bagaż z ziemi, silnik szczęknął i moja twarz znalazła się w kłębach spalin. Rozkaszlałem się i odruchowo zacisnąłem powieki, dzięki czemu uniknąłem oślepienia pyłem, który wzbił się w powietrze, gdy koła drgnęły. Nie podejmuję się stwierdzić, czy ruszył z piskiem, bo słyszałem tylko swój kaszel, ale domyślam się, że tak. Kiedy wreszcie zdołałem otworzyć oczy i ocierałem policzki z kroplistych łez, ciężarówka zamieniła się w drgający prostokąt, zdobiący horyzont.

– Niech cię diabli – mruknąłem pod adresem kierowcy, a być może nawet nie mruknąłem i być może moje usta wypowiedziały zupełnie inne, znacznie grubsze słowa. Na pewno stałem przez jakiś czas i tępo wpatrywałem się w oddalający pojazd. Od dawna nikt, komu płaciłem, nie potraktował mnie tak chamsko. W końcu jednak złość mi przeszła i na pożegnianie wzruszyłem ramionami.

Rozejrzałem się po placu. Zza pni zrudziałych palm i ze sterty śmieci, która wznosiła się na rogu placu, przyglądało mi się kilka par oczu. Poszedłem w stronę wysypiska i zatrzymawszy się w bezpiecznej odległości – a raczej w odległości, którą tubylcy powinni uznać za bezpieczną – wypowiedziałem głośno jedno z popularniejszych słów z uniwersalnego słownika ludzkości.

– Hotel?

W śmieciach zakotłowało się. Wysunęła się z nich ręka, mała i brudna, i wskazała jakiś kierunek. Wyjąłem z kieszeni monetę o niewielkim nominale. Odpadki przemówiły dziecięcymi głosami – w kryjówce musiała wybuchnąć kłótnia. Trwało to chwilę, miałem więc czas spostrzec, że dialekt społeczności różni się znacznie od oficjalnego języka kraju, i w rezultacie z mowy miejscowych nie rozumiem prawie nic.

Ze sterty zeskoczył chłopczyk, odbiegł parę kroków, zatrzymał się i pokiwał na mnie ręką. Poszedłem za nim. Od czasu do czasu dawałem mu znak, by zaczekał, ale on trzymał się na dystans. Nie szliśmy długo, bo od domu, gdzie mogłem wynająć izbę, dzieliło mnie zaledwie trzy zakręty. Poznałem go po tym, że mój przewodnik zniknął w środku i zaraz dobiegły mnie szybko wypowiadane, niezrozumiałe słowa. Przez pozbawione szyb okno wychyliła się kobieca głowa, na której brązowe, grube ręce pospiesznie wiązały chustę, zniknęła, potem usłyszałem klapsa, pisk i chłopczyk wyskoczył na ulicę. Rzuciłem mu monetę – mógł chwycić ją w locie, ale cofnął się i pozwolił jej upaść na ziemię. Dopiero wtedy zgiął się wpół, zamknął ją w pięści i zniknął mi sprzed oczu.

Nie byłem pewien, czy w rezultacie tego wszystkiego dostanę pokój, ale drzwi, składające się ze zbitych pionowo spaczonych desek, uchyliły się, i brązowe ręce zaprosiły mnie do środka. W izbie, do której zaprowadziła mnie kobieta, było tylko łóżko i miska z wodą, jednak tego wieczoru niczego więcej nie potrzebowałem. Pokazałem na migi gospodyni, że nie chcę już nic jeść i ledwie wyszła, padłem na siennik. Szybko zasnąłem.

W następnych dniach prawie nie widziałem właścicielki niewielkiego domostwa, w którym zamieszkałem. Pojawiała się tylko wtedy, gdy w pobliżu znajdował się jej syn. Zmusiła go, by podawał mi posiłki, które gotowała – początkowo sądziłem, że w ten sposób zamierza ograniczyć jego wałęsanie po ulicy, ale z czasem doszedłem do wniosku, że, nie mając męża ani innego męskiego opiekuna, po prostu nie chciała zostawać ze mną pod jednym dachem sama. Jakby nie było, chłopiec nie reagował na moje gesty i z dnia na dzień wydawał się coraz bardziej ponury. Raz postanowiłem sprawić mu przyjemność i zaszedłem do jedynego w mieście sklepiku po słodycze. To było po śniadaniu; przy następnym posiłku, gdy tylko postawił przede mną talerz ze smażonymi warzywami, podałem mu paczuszkę. Dziecięcy instynkt sprawił, że wziął ją odruchowo – potem jednak popatrzył na mnie i tak po raz pierwszy mogłem spojrzeć w te przestraszone oczęta barwy ciemnego miodu. Zaraz zniknął, a ja więcej nie próbowałem nawiązywać kontaktu ani z nim, ani z jego matką. Pieniądze, kwotę, która wydawała mi się uczciwa, zostawiałem im po kolacji pod talerzem. Nie skarżyli się na jej wysokość, a monety znikały.

Sklepik był najruchliwszym punktem miasta i – gdy tylko był otwarty – lubiłem przysiadywać w pobliżu i obserwować pojawiających się w nim ludzi. Byli do siebie podobni, tak jak wydają się podobni ludzie obcej rasy. Zwróciłem uwagę, że w miasteczku panuje zwyczaj noszenia przez cały dzień nakryć głowy. Miejscowi poruszali się w grupach, odwiedzając sklepik całymi rodzinami i przyglądając mi się z daleka. Uśmiechałem się i kiwałem im ręką, ale nikt, poza dziećmi, nigdy mi nie odpowiedział.

Rozmowny okazał się za to sklepikarz, choć w szczególny sposób.

– A, pan podróżnik – mówił, gdy przekraczałem próg jego kramu. – Witamy, witamy. Znowu potrzebuje pan butelkowanej wody? Oczywiście, oczywiście, gorąco teraz jak w piekle. Można udusić się od tego upału albo powiesić, specjalnie powiesić. Moja teściowa zrobiła tak zeszłego roku, no ale ona była niespełna rozumu. I w końcu powiesiła się zupełnie dobrze, za pierwszym razem…

Mógł mamrotać nawet kwadrans, podając mi rzeczy, o które prosiłem, i tak naprawdę w ogóle nie zwracając na mnie ani na moje pieniądze uwagi. Przygnębiało mnie to, bo, jak się szybko zorientowałem, mieszkańców miasteczka, którzy mówili znanym mi językiem, było bardzo niewielu. On miał bogaty zasób słów, ale co z tego, skoro plótł bez przerwy. Nie wiem, czy jego teściowa umarła, a jemu wędrowny cyrulik operował przetokę, czy jego żona urodziła zrośnięte dzieci, które nie mówią, bo w gruncie rzeczy to zupełnie nieistotne. Istotne, że sklepikarz, jak oni wszyscy, chudy, mały, z nisko pochyloną głową, opierał mi się całkiem skutecznie i choć starałem się, miałem kłopot z dotarciem do niego.

W miasteczku działał jeszcze fryzjer o trzęsących się rękach, urzędnik, który nigdy nie wychodził z domu oraz mała gastronomia, czyli podła knajpa, gdzie gromadził się tzw. element. Raz, w odruchu desperacji, trafiłem nawet tam. W środku, przesiąkniętym zapachem trawionego alkoholu, powitało mnie tak wrogie milczenie, że natychmiast się wycofałem. Postanowiłem spróbować u uzdrowiciela, ostatniej znaczniejszej osoby, której jeszcze nie odwiedziłem.

Ale z uzdrowicielem też nie od razu wyszło – i jeśli wolno mi użyć dowcipu wątpliwej jakości – nie wyszło, bo nie weszło. Udałem się do niego następnego dnia po tym, jak chciałem sforsować milczenie knajpy. Było bardzo wcześnie, tak wcześnie, że spało nie tylko miasteczko, ale również czerwona ziemia i nieostygłe powietrze. Cisza wydawała się inna od tej, do której zdążyłem się przyzwyczaić, pełniejsza i prawdziwsza. Wszystko to napełniło mnie otuchą. Odetchnąłem głębiej i pełen nadziei powędrowałem wąskimi uliczkami.

Dom uzdrowiciela znajdował się przy drodze na samym końcu sadyby. Gdy do niego dotarłem, stanąłem jak wryty. Przed drzwiami stało dobrze mi znane auto – ciężarówka, którą przed niewieloma dniami przybyłem do miasteczka. Poczułem niewytłumaczalny lęk. Złe wspomnienie przyćmiło urok poranka i zrobiło mi się ciężko na duszy. Naraz zapragnąłem odejść stąd, cofnąć się na znajome miejsce obserwacyjne pod sklepikiem. Pokusa była silna i przez chwilę stałem głupio, próbując ją zwalczyć.

Potem zrobiłem najprostszą rzecz na świecie – wiedząc, że uzdrowiciel przyjmuje w pokoiku z tyłu, obszedłem dom i zakradłem się do okna. Powolutku, krok po kroczku, zbliżałem się do ciężkich okiennic, a w końcu przytknąłem policzek do ciepłego drewna i przez szpary między deskami zajrzałem do środka. Choć w pokoiku panował półmrok, zobaczyłem dwie osoby, siedzące naprzeciwko siebie i po chwili rozpoznałem jedną z nich. Był nią oczywiście mój kierowca, milczek i cham. Między nim a uzdrowicielem leżał zwitek pieniędzy, sześć wielkich banknotów, rozłożonych starannie jeden obok drugiego. Wyglądało to tak, jakby to one były chorymi i jakby to je należało uzdrowić.

Odsunąłem się i chciałem odejść, gdy odezwał się instynkt. “Sześć banknotów” – pomyślałem, i wtedy uświadomiłem sobie, że tyle samo zostawiłem przewoźnikowi za kierownicą. Czyżby to były te same pieniądze? Znów przywarłem nosem do okiennicy, ale ledwie zapuściłem żurawia do środka, przeszły mnie ciarki. Głowy kierowcy i uzdrowiciela były odwrócone w stronę okna, za którym się znajdowałem. Dokładnie w moim kierunku.

Odskoczyłem. Wydało mi się, że oni zaraz wybiegną z domu i zaczną mnie gonić. Odwróciłem się i popędziłem przed siebie, klucząc w wąskich uliczkach tak długo, aż zabrakło mi tchu. Kiedy się zatrzymałem, nie byłem pewien, gdzie się znajduję. Wyjaśniła mi to dopiero ludzka postać, która wyłoniła się zza rogu. Był to miejscowy żebrak, który wyruszał właśnie zająć swoje zwykłe miejsce pod sklepikiem. Widziałem go codziennie, ale wyglądał tak odpychająco, że mój wzrok prześlizgiwał się tylko po pokracznej, chorej postaci. Coś mnie w nim drażniło – może to, że nosił długie włosy, widok, od którego się odzwyczaiłem?

Teraz znalazł się blisko mnie, po czym – nim zdążyłem wykonać najmniejszy gest – chwycił mnie za koszulę.

– Nawet tu przyszedłeś? – odezwał się, mieląc słowa jak moczone ziarno, które czasami dostawał od tubylców. – Myślisz, że uda ci się także ze mną?

Patrzyłem mu prosto w oczy i nie drgnęła mi powieka.

– Spróbuj – dodał, przysuwając się – spróbuj…

– Po co? – zapytałem. – Przecież ty ich nie masz.

Puścił mnie.

– Seneka – szepnął – Seneka powiedział, że żyć znaczy niczego nie pragnąć…

Machnąłem ręką i ruszyłem w swoją stronę.

– Czekają na ciebie! – zawołał za mną. – Oni tam wszyscy na ciebie czekają.

Szedłem na plac, domyślając się, że żebrak podąża w tym samym kierunku, tylko innymi uliczkami. Nie bałem się go, jego wiedza nie mogła mi zaszkodzić. Jednak jego świadomość w jakiś sposób odcisnęła się na mnie – był moim negatywem, odwróconym mną, takim samym, a zupełnie innym. Nigdy dotąd nie spotkałem negatywa, więc pogrążyłem się w rozmyślaniach. Co znaczy jego obecność? Czy to ja ją wywołałem, ja i moja zachłanność?

Nim rozstrzygnąłem te kwestie, znalazłem się na placu, obok sterty śmieci i naprzeciwko sklepiku. Faktycznie, byli tam wszyscy: kierowca, gospodyni z ponurym synem, sklepikarz, kierowca i uzdrowiciel oraz wielu innych, o których się ocierałem. Ze śmieci unosił się fetor, negatyw świeżości poranka. Dlaczego żaden z was nie pragnie, by to posprzątać? – pomyślałem i wyszedłem na środek, ponieważ tego ode mnie oczekiwali.

Krąg się zamknął. Pewnie wydawało im się, że w ten sposób uda im się przymusić mnie do czegoś. Uśmiechnąłem się.

Pierwszy odezwał się uzdrowiciel, człowiek, którego widziałem najkrócej.

– Oddaj, co nasze – powiedział, występując przed szereg.

Popatrzyłem na niego spod oka i dostrzegłem, jak blednie.

– Oddawaj – dorzucił, ale już słabiej, mniej pewnie.

– I zabieraj swoje brudne pieniądze – warknął sklepikarz – myślisz, że nie wiemy, za co nam płaciłeś?

Wreszcie mówi z sensem, uznałem.

– Przez ciebie mój syn nie jest  sobą! – odważyła się gospodyni. Głos jej się łamał, była bliska płaczu.

Nie martw się o niego, odpowiedziałem jej w myślach. Dzieci to bateryjki, można wysączyć z nich ostatnią kroplę, a i tak się zregenerują.

– Ukrył je we włosach! – krzyknął ktoś, kogo nie znałem – obetnijmy mu włosy!

Krąg się zacieśnił. Na to czekałem. Obróciłem się szybko, zaglądając w oczy każdemu. Nie pominąłem starców, prymitywów, a zwłaszcza najmłodszych, którzy mają najsłodsze marzenia.

Pożarłem je w sekundę – wszystkie co do jednego.

Godzinę później byłem już na trakcie. Mimo upału wędrowałem żwawym krokiem, spokojny i nasycony. Plecak mi nie ciążył, gorąco nie dręczyło, a czerwona ziemia wydawała się przyjazna i piękna. Kurz, który wzbijał mi się spod nóg, cieszył mnie, tak samo jak zamazany, drżący ze strachu horyzont.

Ja nie bałem się niczego. Nic mnie nie bolało ani nie trapiło. W kieszeni czekał zwitek banknotów, które zamierzałem wydać tam, dokąd zmierzałem – w następnym biednym miasteczku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s