Potęga intuicji

Kiedy drzwi do laboratorium otworzyły się, pierwszym, co zobaczył komisarz Bogart, był trup.

Nieboszczyk przypominał przewróconego na grzbiet chrabąszcza. Miał rozłożone szeroko nogi i uniesione ręce z rozczapierzonymi palcami. Jego głowa zwrócona była w stronę drzwi w taki sposób, że wzrok policjanta napotkał od razu wytrzeszczone oczy umarlaka. „Co jest, kurwa?!” – pomyślał Bogart, a uwaga ta dotyczyła zarówno niespodziewanego stanu, w jakim znajdował się niedoszły rozmówca, jak i miny zmarłego – złośliwego, ironicznego grymasu, niespotykanego na twarzy, którą karmiła się śmierć.

Policjant stanął jak wryty. Stał tak bezmyślnie kilka sekund, zanim uświadomił sobie dwie rzeczy. Po pierwsze – powinien zawiadomić jak najszybciej centralę oraz swego partnera, czekającego przed budynkiem („Zostań, ci popieprzeni intuicjonerzy nie znoszą policji” – powiedział mu Bogart). Po drugie człowiek, niezależnie od tego, co pozbawiło go życia, nie mógł zamienić się w zwłoki z tak niewiarygodnie skrzywioną gębą. To zaś prowadziło do kolejnego wniosku, niwelującego konieczność zawiadamiania kogokolwiek – ktoś tu cię robi w konia, Sherlocku!..

Komisarz Bogart bardzo powoli podniósł prawą rękę i przesunął spektrowizory na czoło.

Pokój, który miał przed sobą, niemal się nie zmienił. Nadal przypominał klasztorną celę sprzed wieków, w której stały tylko dwa wytarte fotele. Ale między nimi nie leżał już trup Stefana Lumienki. Nieboszczyk zniknął, a żywy intuicjoner rozpierał się na siedzeniu z gryzącym uśmiechem.

„Skurwysynu…” – Bogart zrobił wszystko, by nie pokazać po sobie zaskoczenia, ale wątpił, czy mu się to udało. Nie śledził osiągnięć Osobliwości i nie wiedział, na jakim etapie znajduje się obecnie technologia. Najwyraźniej można już było włamać się do czyjejś spersonalizowanej sieci i przesłać komuś dowolny, hiperrealistyczny obraz na ekrany spektrowizorów. I można to było zrobić bardzo szybko: jego spektrowizory zaczęły korzystać z lokalnej sieci, kiedy wszedł do uniwersyteckiego kampusa, czyli zaledwie kilkanaście minut temu. To musiało wystarczyć Lumience, by go odszukać, złamać zabezpieczenia, a następnie podsunąć mu powitalną niespodziankę – podrasowaną wizję własnych zwłok.

“Co można z tego wydedukować?” – zastanowił się zimno policjant. Trzy rzeczy. A – Stefan Lumienko, jeden z elitarnej grupy genialnych intuicjonerów, nie był przesądny. B – domyślił się powodu wizyty komisarza. No i C – nie cierpiał policji i nie miał oporów przed robieniem jej dowcipasów. Ale C to nie było nic nowego.

– Nie traćmy czasu – odezwał się Stefan Lumienko wysokim, piskliwym głosem – ostatnio nikt mi nie groził i nie zaczepiał, nie otrzymałem żadnych nietypowych przesyłek. O to chciałeś zapytać?

“Kultury, pieprzony żartownisiu” – odpowiedział mu w myślach Bogart – “Nie znamy się. A jak się nie znamy, to nie jesteśmy na ty”.

Niespiesznie rozejrzał się, po czym podszedł do wolnego fotela. Bez słowa na niego klapnął. Od momentu, kiedy wszedł do laboratorium, nie odezwał się jeszcze ani razu. Postanowił, że zanim to zrobi, obejrzy sobie uważnie tego gnojka – i przyglądał się Lumience w milczeniu, otwarcie wodząc po nim wzrokiem.

Wiedział, że to musiało, nie – to było cholernie wkurwiające.

Szydercze skrzywienie Lumienki osłabło. Intuicjoner wyprostował się i przejechał ręką po siwych, sterczących na wszystkie strony włosach. W jakim on jest wieku? – zastanowił się komisarz. Z krępą sylwetką, siwizną i pierwszymi zmarszczkami wyglądał na czterdzieści plus, ale gestykulacja – nerwowe, prędkie ruchy – odejmowały mu lat. Także głos wydawał się stosunkowo młody. No i intuicjoner najwyraźniej był człowiekiem niecierpliwym: już raz się wyrwał, a teraz kręcił się niespokojnie w fotelu pod uważnym spojrzeniem policjanta.

– Sztokholm, trzy miesiące temu – odezwał się wreszcie Bogart – twój kolega po fachu, Oswald Brom, został zaatakowany nocą w swoim laboratorium. Uderzono go tylko raz tępym narzędziem i rozłupano mu czaszkę. Madryt, dwa miesiące temu. Twój inny kolega, Pedro Male, dostaje w głowę dwa razy i umiera na miejscu. Miesiąc temu Bombaj – M.U. Patavi żyje tylko dlatego, że ma wyjątkowo twardy łeb. Ale nic nie widział ani nie słyszał – napastnik zakradł się do niego od tyłu.

Nie przedstawił się. Domyślał się, że jego nazwisko nie interesowało Lumienki.

– Wiem o tym wszystkim – odparł naukowiec spokojniej – słyszałem o tym.

– Znałeś ich?

– Oczywiście – intuicjoner poruszył palcami, na których znajdowały się czujniki. – Spotykaliśmy się co parę dni.

– Jak to możliwe? – zapytał komisarz.

Lumienko wyszczerzył zęby.

– Dzięki słowu na “a” – mruknął.

“Awatary” – domyślił się Bogart.

– Pracowałem nad tą sprawą z jednym z twoich kolegów, z tych, co jeszcze żyją. Użyliśmy Jej – powiódł ręką dookoła – żeby zestawić dane ze wszystkich typowych źródeł. Zazwyczaj to wystarcza, by znaleźć winnego nawet najlepiej przemyślanej zbrodni. Ale tym razem gówno. Nie odpowiada za to żadna sekta, żaden ruch neoreligijny, żadni śmierdzący terroryści. Nawet normale, którzy was nienawidzą, mają czyste sumienia. Według twojego kolegi Ona wykluczyła, by za atakami stała jakakolwiek zorganizowana grupa. Dane z sieci i satelit wykazały, że nikt, na całej kuli ziemskiej, nie pochwalił się tym, co zrobił, ani nie zdradził się z przygotowaniami do morderstw.

Lumienko zdjął spektrowizory. Teraz słuchał uważnie.

– Po co tu przyszedłeś? – zapytał – przecież nie po to, aby mnie ostrzec albo zaproponować ochronę.

– Mam dwa wasze trupy, jedno usiłowanie, a Ona twierdzi, że morderca nie istnieje… – odpowiedział powoli komisarz Bogart.

“Zobaczymy, czy naprawdę jesteś taki dobry, jak mówią” – pomyślał, przyglądając się intuicjonerowi spod oka.

Naukowiec zawahał się. Po jego okrągłej, wyrazistej twarzy przeszedł skurcz, który wykoślawił się w uśmiech. Lumienko zerwał się z miejsca i przeszedł nagle wzdłuż pokoju, zatrzymując się przy samej ścianie.

– To niewiarygodne – powiedział ze szczerym zdumieniem – to się po prostu nie mieści w głowie!.. A więc policja jest zdania, że tych morderstw dokonała Osobliwość!

“Nieźle” – uznał Bogart.

– To możliwe? – zapytał szybko.

– W jakim sensie?

– No, czy na przykład w tej pracowni używasz robotików, którymi Ona steruje i które mogłaby wykorzystać do ataku na ciebie?

Lumienko zbliżył się do niego i oparł ręce na kolanach.

– Cały ten pokój jest robotikiem.

Bogar drgnął, zaskoczony.

– Ściany zbudowane są z żywego plastiku, który mogę dowolnie kształtować, w zależności od tego, nad czym pracujemy – tłumaczył uczony. – Mogą stać się napędem kosmicznym, łańcuchem DNA czy nową cząsteczką chemiczną. Zmieniają kształt i kolor. Są w nich kamery 3D, głośniki i mikrofony. Jak chcesz, pokażę ci…

– Nie – odrzekł szybko komisarz – a więc Ona byłaby w stanie zrobić ci krzywdę?

Lumienko wyprostował się i zaśmiał krótkim śmiechem. Wepchnął ręce do kieszeni i zaczął chodzić po pokoju, tam i z powrotem.

– Czyli taki jest poziom na zewnątrz – powiedział sam do siebie. – Dwudzieste drugie stulecie, świat rozbłysnął tysiącami świateł, ale ludzie nie zrobili nawet małego kroku naprzód. Nadal są ciemni, nadal nie mają odwagi myśleć.

– Zadałem ci pytanie. Czy Ona byłaby…

– Tak – odrzekł Lumienko – tak, mogłaby mi robić krzywdę. Ale tylko pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Że rozmawiamy o fantazjach dawnych pisarzy, a nie o rzeczywistości.

Bogart zmarszczył brwi.

– A więc…

– Użyję metafory, którą nawet policjant powinien zrozumieć. Czy cyfry w równaniu matematycznym mogą same z siebie zmienić miejsce?

– Nie.

– Właśnie. Osobliwość rozwija się, ale nie jest w stanie zmienić celu, któremu służy, powodu, dla którego powstała. Innymi słowy: nie jest w stanie przebudować swojej istoty, tak jak ty nie możesz grzebać w atomach, z jakich się składasz.

– Czyli twoim zdaniem Ona nie ma wolnej woli? – zapytał Bogart ostrożnie. Doszedł właśnie do setna problemu, który przygnał go do Lumienki. – Nie potrafi sama decydować o sobie?

Lumienko chodził po pokoju wielkimi krokami.

– Dobrze – powiedział głośno. – Potraktuję to jako darmowe szkolenie dla policji. Przypomnę, o czym uczą w szkołach: Osobliwość to program komputerowy wyposażony w procedury silnej sztucznej inteligencji. Oznacza to, że jako pierwsza aplikacja w dziejach nie realizuje wyłącznie serii algorytmów, ale sama pisze, twórczo rozwija swój kod. Istnieją jednak granice, w jakich to się dokonuje – Osobliwość podporządkowuje wszystkie działania nadrzędnemu celowi. Ma tylko jedną cechę: jest celowa i operuje tylko dwiema kategoriami wartościującymi: celowy – czyli dodatki, pozytywny, i niecelowy – czyli ujemny, negatywny. A co jest jej celem?

– Postęp technologiczny – odpowiedział Bogart. Faktycznie czuł się jak w szkole.

– Nie! – rzucił ostro Lumienko. – Tak napisano w pierwszej konwencji ONZ, regulującej pracę i dostęp do odkryć Osobliwości, ale to mylne pojęcie… Osobliwość działa w oparciu o jeden warunek: ludzie są śmiertelni. To jest jej punkt wyjścia, zadanie, które otrzymała. Wszystko, nad czym z nią pracujemy, ma służyć ostatecznemu rozwiązaniu tego problemu – problemu śmiertelności. Chcemy zapewnić przyszłym pokoleniom wieczne życie.

Bogart tylko zamrugał.

– Szybko okazało się jednak, że sam program, nawet najgenialniejszy, nie poradzi sobie – mówił dalej Lumienko – tylko człowiek ma coś, co pcha świat do przodu. Dlatego to co tu się dokonuje, postęp technologiczny, jak go nazwałeś, powstaje z połączenia dwóch elementów: analitycznej inteligencji Osobliwości i ludzkiej intuicji. Te składniki są kompatybilne – jeden bez drugiego nie ma racji bytu.

– Czyli twoim zdaniem jej się nie opłaca was atakować? – głośno myślał Bogart.

– Kolejne złe pytanie. Osobliwość nie przeprowadza tego rodzaju analiz. Nie dlatego, że nie potrafi, ale dlatego, że to niecelowe. Tworzenie jakichkolwiek odwołań między sobą a nami jest według niej niecelowe. Myślenie wartościujące czy oceniające – niecelowe. Budowanie własnej tożsamości – niecelowe.

– Czyli Ona nie wie, że jest?

– To jej nie interesuje w takim sensie, jak ciebie czy mnie. Takie zainteresowanie byłoby niecelowe.

Komisarz westchnął w duchu.

– Pamiętaj: działanie matematyczne x plus y nie może zamienić się w x plus z – Lumienko cały czas chodził od ściany do ściany. – Osobliwość co prawda operuje złożonymi pojęciami i bez kłopotu zdaje test Turinga, ale to nie jest żaden ludzki mózg do n-tej potęgi. Choć ma świadomość swojego istnienia, nie jest to świadomość w sensie ludzkim, tylko świadomość matematycznego wzoru. Formuła „cogito ergo sum” była prawdą do chwili pojawienia się Osobliwości. Teraz się zdezaktualizowała – choć Osobliwość myśli, nie oznacza to, że jest.

Zapadła cisza. Lumienko zatrzymał się, pochylony. Zniknęły gdzieś nerwowe ruchy i zdziecinnienie. Wydawał się teraz Bogartowi poważny i nawet – o dziwo! – wiarygodny.

Kurwa.

– Zginęło dwóch intuicjonerów – powiedział po chwili Bogart. – Nikt się do tego nie przyznał, nie mamy żadnych tropów. Tylko Ona miała możliwość i środki, aby to zrobić. Mogła uznać, że was nie potrzebuje…

– Maniak-samotnik – rzucił intuicjoner, siadając na swoim fotelu.

– Co? – policjant wyprostował się.

– Maniak-samotnik – powtórzył Lumienko.

– Niemożliwe – odrzekł ostro Bogart – sprawdzaliśmy to wielokrotnie. Przekopaliśmy wszystko, wszystkie sieci, grupy, społeczności od przedszkolaków wzwyż. Razem z Nią prześledziliśmy każdego człowieka na ziemi, który kiedykolwiek zdradził się nawet nie z wrogością, ale ze sceptycyzmem wobec was i waszej pracy. Nie istnieje osoba, która mając ta wyraziste poglądy, nie podzieliłaby się nimi w internecie lub telefonicznie, nie poszukiwałaby podobnie myślących. Gdyby taki człowiek istniał, natknęlibyśmy się na niego dawno temu.

– Istnieje i morduje – odparł Lumienko, rozpierając się w fotelu. Znów miał na ustach złośliwy uśmiech.

– To psychologicznie niemożliwe.

– A według policji możliwe jest, że moich kolegów stłukł po głowach program komputerowy? Jeśli tak, policja nie myśli. Ale to akurat nie nowina.

Bogar zmarszczył brwi. Poczuł, że się zmęczył, że nie porządkuje już werbalnych i pozawerbalnych informacji, które do niego docierają. Potrzebował chwili na zastanowienie.

– Gdzie jest łazienka? – zapytał, wstając.

– W prawo.

***

Na korytarzu policjant odetchnął. Pół godziny w niewielkim, sterylnie czystym pomieszczeniu z wkurwiającym, wyniosłym facetem podziałało mu na nerwy. A jeszcze jak trudno było umówić się na to spotkanie!… Musiał dopraszać się o te trzydzieści minut, długo czekać na odpowiedź, a kiedy w końcu wezwano go na tę nieprzyzwoicie późną porę, musiał znosić szczeniackie dowcipy. A potem, po tym wszystkim, nie dostał ani jednej sensownej odpowiedzi. Ani jednej wskazówki. “Nic, tylko bełkot” – myślał Bogart, idąc w stronę łazienki – “Jedna wielka, kurwa, strata czasu”.

Musiało być już po północy, a jednak po budynku nadal kręcili się ludzie. Policjanta minął niski sprzątacz, który wyglądał na zmęczonego i smutnego. Postępując krok za krokiem dźwigał wiadro z wodą, a w drugiej ręce ciągnął mopa. “A tobie Osobliwość w czymś pomogła?” – miał ochotę zapytać go komisarz. – “Uzdrowiła cię, ułatwiła życie?”

Zamiast tego schronił się w łazience i całe pięć minut spędził na rozmyślaniach, do czego jeszcze mógłby mu się przydać Lumienko. Nie wymyślił nic sensownego i to jeszcze bardziej go zirytowało.

“Porażka, w dupę” – myślał wychodząc na korytarz. Zawsze, jak miał kłopot w pracy, nawet w myślach klął jak szewc.

Tym razem korytarz był pusty. W oddali piknęła zjeżdżająca na dół winda.

***

Bogart nacisnął klamkę i już w progu poczuł, że coś jest nie tak. Nim jeszcze zrozumiał, co widzi, zrobiło mu się zimno. I dziwna rzecz – mimo że miał wszelkie podstawy do nieufności, ani przez chwilę nie wątpił, że tym razem naprawdę ma przed sobą nieboszczyka.

Lumienko siedział na fotelu. Nie poruszał się. Jego oczy, szeroko otwarte, były wbite w punkt na podłodze. Fotel odwrócony był bokiem do drzwi, a głowa intuicjonera spoczywała na jego oparciu. Kapała z niej krew, którą nasiąkło obicie i która utworzyła na podłodze sporych rozmiarów kałużę.

Po jakiejś sekundzie bezmyślnego osłupienia Bogart podskoczył do niego i położył palce na tętnicy szyjnej. Nie wyczuł pulsu.

“Mop, mop o grubej rączce. Pewnie wysuwany uchwyt” – przebiegło mu przez myśl z szybkością, jakiej nie powstydziłby się intuicjoner.

Cofnął się o krok i opuścił na nos spektrowizory. Wybrał numer swojego partnera.

– Niski mężczyzna około czterdziestu lat, ubrany w strój sprzątacza – krzyknął bez wstępów – jak wyjdzie z przodu, bierz go. Ja poszukam tylnego wyjścia. Zawiadom centralę. To on!

Partner chciał chyba o coś zapytał, ale Bogart już się rozłączył.

Powinien pędzić do drzwi, ale coś zatrzymało go na miejscu. Popatrzył na Lumienkę i niespodziewanie zatrząsł się cały.

– Maniak-samotnik – szepnął. – Ja pierdolę…

Nagle dotarło do niego, że facet, z którym rozmawiał jeszcze kwadrans temu, był prawdopodobnie najgenialniejszą osobą, jaką spotkał w całym życiu.

Parę sekund później komisarz Bogart zbiegał po schodach ewakuacyjnych, przeskakując po kilka stopni naraz.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s