Sieci

***

– Zakładając, że mamy do czynienia z rozkładem normalnym, jak zamierza pan wykorzystać otrzymane od nas informacje?

– Rozkład normalny oznacza…?

– Że będzie tylko jeden – odpowiedziała Joyce Spark.

Poprawiła się w fotelu. Uniform sprzątaczki, który założyła tego dnia do pracy, okazał się za ciasny. Pasek boleśnie wpijał się jej w brzuch, a dopasowany kombinezom eksponował każdą fałdkę.

– Mogę być z panią szczery?

– Oczywiście.

– Zastanawiałem się nad możliwościami, jakie mi państwo przedstawili. Są interesujące, ale…

Prezes KenQube zawahał się. Był młodym człowiekiem, który niedawno odziedziczył firmę po ojcu-geniuszu. Jego niepewność była wyczuwalna, wypełniała gabinet niczym zagęszczające powietrze nanowłókna.

– Tak?

– Chyba wybiorę najprostszą – dokończył, patrząc na Joyce przepraszająco.

Bezwiednie wzruszyła ramionami. Jeśli o nią chodzi, nie miał powodu czuć się winny.

– Czyli pan go zwolni?

– Tak.

– Wielu szefów tak robi – skomentowała obojętnie. – W takim razie zabieram się do pracy. Jest pan pewien, że wszyscy są?

– Tak. Moja sekretarka…

– Świetnie – odpowiedziała Joyce, nie słuchając.

Wózek ze środkami czyszczącymi stał przy drzwiach. Idąc w jego stronę, zastanawiała się, czy mężczyzna wlepia wzrok w jej pośladki. Zerknęła za siebie, ale spotkało ją rozczarowanie – klient patrzył gdzieś poza okno, w ciepłą przestrzeń zapracowanego miasta.

***

Kiedy drzwi windy rozsunęły się i Joyce wyszła na korytarz, sieci były wszędzie. Poprawiła spektrowizory, których oprawka uciskała nos, i, nie ufając pierwszemu wrażeniu, rozejrzała się uważnie. Jak zawsze, zaparło jej dech. Sieci otaczały ją, tworząc gęstą plątaninę wiązek świetlnych. Cienkie nici przypominały krwiobieg, pulsujący nie tylko czerwienią, ale też żółcią, pomarańczą i brązem. Naczynia kapilarne, wypełniające szczelnie korytarz, wiły się jak włosy – patrząc na nie Joyce czuła ucisk w piersiach. Dla tych, którzy mogli je oglądać, sieci były piękne.

Manewrując wózkiem, zbliżyła się do czytnika DNA, który otwierał drzwi do open space’u. Położyła na nim palec i w tej samej chwili usłyszała ciche piknięcie. Tafle z matowego szkła rozsunęły się usłużnie. Znów zobaczyła sieci i znów ją zatkało.

W środku zrobiła niepewnie kilka kroków. Dopiero teraz dotarło do niej, że otacza ją rozległa przestrzeń. Dotychczas koncentrowała się wyłącznie na najbliższych sieciach – a przecież było ich znacznie więcej. Ciągnęły się po podłodze i pod samym sufitem, biegnąc prosto jak strzały lub zwinięte niczym kłącza paproci. Oczywiście tylko ona je widziała – do tego potrzebne były spektrowizory, połączenie z internetem i specjalny program napisany w IM.

Sieci nie były nieruchome. Gdy zostały już rozplecione i zmierzone, mogły podążać za emanatorami, czyli znajdującymi się w biurze ludźmi.

Joyce oderwała wzrok od kolorowych wiązek i zatrzymała się. Teraz rozpoczynała się najważniejsza część jej pracy. Niezauważona przez zainteresowanych musiała upewnić się, że wszyscy obecni dzisiaj w biurze emanowali sieci. Zmarszczyła brwi, szybko przenosząc wzrok z jednej osoby na drugą. Spieszyła się: nikt nie powinien zwrócić uwagi na nową sprzątaczkę.

„Tak, tak, tak, tak” – odfajkowywała w myślach kolejnych pracowników KenQube. Wszystko się zgadzało, wszystkich dostrzegły i zbadały inteligentne robotiki, obserwujące pomieszczenie przez kamery IM.

Nagle jej wzrok się zatrzymał – coś tu nie grało. I to bardzo… W głowie Joyce zadzwoniły dzwonki alarmowe. Dopiero teraz dotarło do niej, że sieci, które widziała, były do siebie bardzo podobne.

Nienaturalnie podobne. Pomieszczenie wypełniały wyłącznie ciepłe, intensywne kolory lata – brakowało oszczędnego srebra, metalicznego niebieskiego, chłodnej zieleni.

„Co u licha?”

Przesunęła palcem, na którym znajdował się czujnik, i spektrowizory wyświetliły książkę kontaktów. Wybrała numer operatora.

– Schrzaniłeś robotę – powiedziała cicho, ledwie usłyszała jego głos w ukrytej w uchu słuchawce – odczyty są nieprawidłowe.

– Jesteś w KenQubie? – w oddali słychać było ziewanie.

– A gdzie indziej mam być? – zdenerwowała się – wszyscy emanują, ale wynik jest do chrzanu. Sieci zwariowały. Miałeś sprawdzać, czy program…

– Sprawdzam – odparł leniwie operator – chociaż to bez sensu, ale sprawdzam. Nie wiem, po co mam to robić, skoro wszystkim steruje robotik, ale…

– Uważasz, że jesteś niepotrzebny? – zapytała ze złością.

Operator zamilkł. W słuchawce słyszała jego równy oddech.

– No, co z tym odczytem? – odezwała się po chwili.

– Restartuję. Za chwilę powstanie druga wersja… już jest.

Joyce się rozejrzała.

– Nic się nie zmieniło.

– Czyli wszystko gra. Sieci są prawidłowe. Chyba że robotiki…

– Nie.

Jednym ruchem palca wskazującego rozłączyła się.

„Bez sensu” – pomyślała, patrząc na pracujących przy biurkach. „To, co widzę, nie ma prawa istnieć. Chyba że…”.

Spojrzała uważniej na ludzi. Po chwili stwierdziła, że też byli dziwnie podobni. Co ciekawe, nie było to podobieństwo fizyczne – przed komputerami siedzieli drągale i ludzie niziutcy, brunetki i rude. Ale wszyscy trzymali się prosto, mówili głośno i uprzejmie. Ich gesty było starannie wyważone, uśmiechy zdradzały bliźniaczą pewność siebie.

„A niech to!” – pomyślała. – „To ich mowa ciała jest identyczna! Wyglądają jak klony, jak wycięci z tego samego szablonu”.

***

Kwadrans późnej siedziała znowu w gabinecie prezesa.

– Sytuacja, którą pan tu ma, w pierwszej chwili wydawała mi się absurdalna – mówiła swobodnie – i, szczerze mówiąc, przebiegło mi przez myśl, że nie da się jej w żaden sposób wytłumaczyć. Teraz jednak wydaje mi się, że wyjaśnienie istnieje. Biuro KenQube, w którym się znajdujemy, to nowy oddział firmy?

– Tak – odpowiedział prezes. Miał skupioną minę i wyglądał jak człowiek, który spodziewa się, że lada chwila spotka go coś przykrego. – Sam go organizowałem już po śmierci… po śmierci mojego ojca.

– Przyjął pan też nowego szefa HR-u?

Wyraźnie zesztywniał.

– A dlaczego? Dlaczego pani o to pyta? – poprawił się.

– Czy to on zasugerował skorzystanie z usług naszej firmy?

Na biurku, ogromnym i niemal pustym, leżała kolorowa ulotka IM. Trójwymiarowe zdjęcie przedstawiało sieci, ale ujęte oszczędnie, a nawet ascetycznie. Joyce uczestniczyła w projektowaniu tej reklamówki – jako wzór wykorzystano obrazy Pieta Mondariana.

Pod fotografią znajdował się krótki tekst: “Wydaje ci się, że jesteś najbardziej wpływową osobą w swojej firmie? Upewnij się, mierząc potencjał wpływu swoich pracowników! Promocja – jeśli dzisiaj zamówisz naszą usługę, Influence Measuring przygotuje dla Twojej firmy sieć wpływów z 10-proc. rabatem. Znając ją, dowiesz się, kto tak naprawdę oddziałuje na ludzi, którym płacisz…”.

– Nie – odrzekł prezes po chwili namysłu. – Ja sam pomyślałem… Uznałem, że powinienem poznać sieć wpływów w mojej firmie. Rozumie pani – chciałem wiedzieć, kogo najchętniej słuchają…

Joyce pokiwała głową.

– Oczywiście otrzyma pan szczegółowy raport, jednak już teraz mogę przedstawić wstępne wnioski – spojrzała na prezesa: patrzył na nią z napięciem, który wzięła za zachętę – więc, jak wspomniałam, ma pan tu sytuację cholernie nietypową: sieci tylko w ciepłych odcieniach. W całej karierze nie spotkałam się z czymś takim…

Klient wpatrywał się w nią, milcząc.

– To oznacza, że ma pan tu grupę wyjątkowo silnych emanatorów. Wyłącznie silnych. Wszyscy pracownicy z tego biura to osoby o podobnym profilu charakterologicznym – śmiałe, przebojowe, oddziałujące na otoczenie. Siła ich wpływu mieści się w górze skali: to osobowości dominujące. Na pozór nie istnieje możliwość, by w jakiejkolwiek firmie znaleźli się wyłącznie tacy pracownicy. A jednak pan ma zespół predatorów… i domyślam się, że to nie było zamierzone?

Odpowiedziała jej cisza, zastępująca potwierdzenie.

– Zakładam, że może pan mieć problemy z zarządzaniem. Oni są praktycznie niesterowalni. Cały top management owiną sobie wokół palca – razem i z osobna. Przypuszczam zresztą, że to już się stało. Przypuszczam, że wpływy w KenQubie nie idą z góry na dół, ale z dołu do góry!

– Niby jak miałoby się to dziać? – zapytał nieufnie.

– Przez dostarczane informacje i raporty, sugerowane rozwiązania problemów, proponowane strategie… – wymieniała cierpliwie.

Na policzkach młodego człowieka pojawił się rumieniec.

– Pani mi mówi, że to nie ja kieruję nimi, ale oni mną?

Joyce uśmiechnęła się.

– Mówię, że ma pan niekompetentnego szefa od zasobów ludzkich. Prawdopodobnie wywierali na niego wpływ od pierwszego spotkania, a nawet od pierwszej minuty rozmowy kwalifikacyjnej. A on, jako osobowość słabsza, nie tylko tego nie wychwycił, ale ulegał ich oddziaływaniu i wszystkich po kolei zatrudnił!

Klient milczał. Trwało to tak długo, że Joyce zaczęła się niepokoić.

– Może mi pani coś poradzić? – odezwał się wreszcie.

– Niech pan zrobi to, co planował pan od początku, tylko w drugą stronę.

– To znaczy?

– Chciał pan zwolnić najbardziej wpływowego pracownika, tego, który nieformalnie przewodzi grupie. Niestety to niemożliwe – tu są sami liderzy. A zatem powinien pan wysłać jasny sygnał: wyrzucić słabiaka, który ich wszystkich przyjął. Najlepiej z hukiem.

Nagle zorientowała się, że coś jest nie tak. Często, gdy wypowiadała się na temat zawodowe, przestawała kontrolować sygnały z otoczenia. I teraz było podobnie – instynkt ostrzegł ją za późno.

– Nie mam szefa HR-u – rzekł prezes, odwracając wzrok w stronę okna – wszystkich pracowników zatrudniłem sam.

***

Dwa dni później na do skrzynki Joyce Spark trafiło ogłosznie, którego, jak wszystkich ofert pracy z branży, inteligentny system antyspamowy nie skierował do śmieci.

„Pilne! Do nowopowstałego oddziału firma KenQube zatrudni od zaraz specjalistę do spraw zasobów ludzkich. Wymagania: silna osobowość.

Koniecznie potwierdzona certyfikatem”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s