„Człowiek, który poznał nieskończoność”, czyli niezwykła historia matematycznego geniusza

W 1913 r. do Godfrey Harolda Hardy’ego, najwybitniejszego matematyka angielskiego tamtych czasów, przyszedł list. Nad adresem Cambridge widniały znaczki z Madrasu. Hardy, 37-letni wykładowca słynnego Trinity Collage, ekscentryczny, buntowniczy i żądny nowości, zamknął „Timesa” i rozciął kopertę. Starannie wykaligrafowane litery składały się w proste słowa. Hinduski urzędnik niskiego szczebla prosił go o ocenę swoich prac matematycznych.

Hardy przebiegł wzrokiem kartki i odłożył je na stół. Był bliski wyrzucenia przesyłki. Często dostawał wiadomości od szaleńców, przekonanych, że udało im się odkryć wzór na istnienie Boga lub udowodnić prawdziwość protokołów Mędrców Syjonu. Hardy podejrzewał, że z dalekich Indii napisał do niego kolejny nieszkodliwy wariat.

A jednak coś w liście nie dawało mu spokoju. Wrócił do niego wieczorem. Czytał uważnie, po czym poszedł do mieszkania kolegi, Johna Littlewooda, drugiej gwiazdy ówczesnej brytyjskiej matematyki. Spędzili nad listem cały następny dzień, studiując jego zawartość.

W końcu wydali osąd – z Indii do Hardy’ego napisał nie maniak, ale nieznany matematyczny geniusz.

Pierwsze życie Sriniwasy Ramanujana

Autor listu urodził się dwadzieścia trzy lata wcześniej w południowych Indiach, w mieście Kumbakonam, trzysta kilometrów od Madrasu. Należał do najwyższej hinduskiej kasy – braminów – jednak jego rodzice byli bardzo biedni. Ojciec pracował jako sprzedawca tkanin, matka dorabiała śpiewem w świątyni. Zdarzało się, że w domu brakowało jedzenia, a Sriniwasę Ramanujana dokarmiali znajomi i sąsiedzi.

Chłopak od najmłodszych lat zdradzał zdolności matematyczne. Przez pierwsze klasy szkoły przechodził jak burza. Szkołę średnią ukończył z tak dobrym wynikiem, że zdobył stypendium do miejscowego college’u. Jednak wówczas w jego losie nastąpił pierwszy z gwałtownych zwrotów.

W ręce Ramanujana przypadkiem wpadła pewna książka. Był to podręcznik dla angielskich studentów matematyki napisany przez zwykłego korepetytora. „Przegląd podstawowych zagadnień matematyki teoretycznej” przeraziłby laika – zawierał niemal wyłącznie równania. Strona po stronie ciągnęło się pięć tysięcy twierdzeń, pozbawionych komentarza czy choćby podstawowych wyjaśnień. Po prostu wzór za wzorem, odzwierciedlające stan wiedzy matematycznej z połowy XIX wieku.

Ramanujan przeczytał tę książkę – i został uwiedziony. Od tej pory w jego życiu liczyła się tylko matematyka. Zrezygnował z uczenia się czegokolwiek innego. Utracił stypendium, nie skończył college’u – ani tego, ani następnego. Następne kilka lat spędził na werandzie domu swoich rodziców, na ich utrzymaniu, z tabliczką do pisania na kolanach. Zajmował się obsesyjnie matematyką: szeregami zbieżnymi i rozbieżnymi, liczbami pierwszymi, teorią liczb – i sam, bez jakiejkolwiek zachęty – zaczął tworzyć własne twierdzenia.

Więcej niż jeden wzór

Historię Ramanujana opisuje książka „Człowiek, który odkrył nieskończoność” Roberta Kanigela. Autor, pisarz popularnonaukowy związany z MIT, stworzył świetną biografię – wielowymiarową, wciągającą, drobiazgowo udokumentowaną. Znakomite nowojorskie wydawnictwo Scribner’s (to samo, w którym wydawał Thomas Wolfe, ukazany w niedawnym filmie „Geniusz”) umożliwiło mu zbadanie źródeł zarówno w Indiach, jak i Wielkiej Brytanii. W rezultacie dostajemy skrupulatny opis krajów, z których pochodzili zarówno Ramanujan, jak i Hardy.

Co jadali prawowierni bramini? Jak się ubierali, w co wierzyli? Jak wyglądały ich domy, ulice ich miast? Jakie znaczenie miały dla nich religijne obrzędy? I z drugiej strony – co składało się na kulturę uniwersytecką Cambridge początku XX wieku? Jakich ludzi formował ten uniwersytet? Co ceniło się w środowisku intelektualnym? Odpowiedzi na te pytania budują dwa światy, które spotykają się ze sobą w 1914 r., kiedy na zaproszenie Hardy’ego Ramanujan przyjeżdża do Trinity College.

Kanigel nie zrezygnował również z pokazania nam trzeciego – matematyki teoretycznej. W przedmowie uczciwie uprzedza, że zdecydował się przedstawić matematyczne dokonania Hindusa. Tym samym złamał żelazną zasadę pisarstwa popularnonaukowego,  mówiącą, że jedyny wzór, jaki zniesie czytelnik, to e=mc2…

Chwała mu za to. Obszerne fragmenty tłumaczące prace Ramanujana należą moim zdaniem – obok opisów kultury Trinity Collage – do największych wartości tej książki. Sprawdzają nie tyle, ile pamiętamy z matematyki, ale raczej, czy chce nam się myśleć. No i są bardzo ciekawe. Wyobraźmy sobie długie jesienne miesiące 1916 czy 1917 roku, kiedy w Europie toczy się okrutna wojna, a w ciemnym i zimnym Cambridge genialny Hindus z równie wybitnym Brytyjczykiem tygodniami próbują znaleźć stworzyć wzór na ilość liczb pierwszych w określonym przedziale liczbowym…

Drugie życie Ramanujana

Wzór ten powstał i należał do trzech największych osiągnięć Ramanujana. Inne to twierdzenie o liczbie rozkładów dowolnej liczby n oraz odkrycie pozornych funkcji theta. Więcej nie zdążył dokonać. W czasie czterech lat, które spędził w Anglii, niedożywienie i głęboka samotność sprawiły, że rozwinęła się u niego gruźlica . Po zakończeniu wojny wrócił do Indii, ale nie zdołał już objąć czekającej na niego katedry na uniwersytecie w Madrasie. Zmarł w wieku zaledwie 32 lat. Do końca zajmował się abstrakcyjną matematyką.

I to ona właśnie – obok bajkowej historii o „odkryciu” Ramanujana przez Hardy’ego – prowadzi do najciekawszych pytań, jakie wynikają z książki Kanigela. Talent Ramanujana, genialna intuicyjna umiejętność znajdowania twierdzeń matematycznych, dotyczył nauki nie mającej absolutnie żadnego przełożenia na rzeczywistość. Tego, co robił Ramanujan, nie da się wykorzystać w żaden praktyczny sposób – ani do znalezienia lekarstwa na raka, ani do budowania szybszych samolotów, ani nawet do odkrywania tajemnic kosmosu. Twierdzenia Ramanujana są interesujące tylko dla kilkuset matematyków na świecie, i to tych wyłącznie, którzy zajmują się teorią liczb. Tak naprawdę tylko oni są w stanie w pełni pojąć, docenić i zachwycić się samorodnym geniuszem Hindusa.

Pozostali zaś – jak ja – mogą jedynie pozazdrościć Ramanujanowi życia poza przymusem praktyczności. Zajmował się matematyką dla jej czystego piękna. Tylko tyle. Aż tyle?

Poza okładką

Książka straszy złą okładką – plakatem z niedawnej jej ekranizacji z Jeremym Ironsem w roli Hardy’ego. Film jest poprawny, ale średni, i raczej nie zdobył szerokiej publiczności, więc sens promowania nim biografii Ramanujana wydaje mi się dyskusyjny. Zrażać nie należy się też chropowatym prologiem, dopiero po nim rozpoczyna się właściwa lektura. Książkę czyta się łatwo, z zainteresowaniem i przyjemnością. Polecam.

Robert Kanigel, Człowiek, który poznał nieskończoność, Świat Książki, 2017

Jurgen Thorwald „Pacjenci”, czyli historia medycyny dla żądnych wrażeń

thorwald_pacjenci_m23 stycznia 1964 r. w szpitalu w Jackson w Missisipi nastąpiła jedna z najbardziej brawurowych prób ratowania życia ludzkiego w historii medycyny. Na oddziale kardiologii umierał 68-letni Boyd Rush, głuchoniemy emeryt, od wielu lat ciężko chorujący na serce. Był nieprzytomny, oddychał nieregularnie. Miał obrzęknięte nogi, skrzepliny pochodzące z lewej komory serca wywołały krwotok mózgu i martwicę w lewym podudziu. Według kardiologa pozostało mu kilka godzin życia.

Umierającego uratować mógł tylko jeden zabieg, dotychczas nieprzeprowadzony przez nikogo na świecie – przeszczep serca. Zaryzykować zdecydował się chirurg James D. Hardy, mający już na koncie pierwszy przeszczep płuc. Przez cały dzień Hardy nerwowo poszukiwał dawcy. Gdy pod wieczór Rush był już w agonii, chirurg w ostatniej chwili podłączył go do sztucznego płucoserca. Nie mógł dłużej czekać – wykonał więc coś, do czego przygotowywał się od dawna i co teoretycznie dawało szanse powodzenia. O 21.30 przeszczepił Rushowi serce szympansa.

Thriller medyczny

Historia tej niezwykłej operacji to tylko jedna z wielu, które wypełniają wznowioną po raz kolejny w Polsce książkę Jurgena Thorwalda „Pacjenci”. Autor, najbardziej znany ze wspaniałego „Stulecia chirurgów”, specjalizował się w popularyzowaniu historii nauki. W „Pacjentach” zajął się początkami transplantologii, które przypadają na pierwszą połowę XX wieku. Książka skupia się na dwóch wątkach – chorobach serca oraz chorobach nerek – i przedstawia rozwój medycyny z innej niż zwykle perspektywy: od strony pacjentów.

Ten prosty zabieg spowodował, że dzieło Thorwalda czyta się jak hipnotyzujący thriller. Każdy rozdział to powieściowy opis konkretnego człowieka: jego życia, rodziny, aspiracji i wreszcie śmiertelnej choroby. Niekiedy wypada to nieco łzawo, zawsze jednak budzi emocje i przykuwa uwagę. Wraz z postępem schorzenia na kartach książki pojawia się drugi protagonista – lekarz, który podejmuje ryzyko przeprowadzenia na bohaterze pionierskiej operacji. Z powodzeniem lub bez.

Komu nerkę

Taki układ książki świetnie pokazuje, jaką mozolną drogę musieli przebyć chirurdzy, by opracować np. procedurę przeszczepu nerki. Jego pierwsza próba, dokonana w 1950 r.,  zakończyła się makabryczną niespodzianką. Gdy po ośmiu miesiącach od operacji ponownie otworzono pacjentkę, okazało się, że wczepiony narząd… zniknął. Później próbowano przeszczepów od bliskiej rodziny, matki, braci, wreszcie odnotowano pierwszy sukces – przyjął się przeszczep między bliźniakami jednojajowymi. Kolejnym wyzwaniem było wymyślenie, jak badać zgodność tkankową dawcy i biorcy oraz jak panować nad reakcją odrzuceniową (jednym z szalonych pomysłów, jakie testowano, było naświetlanie pacjentów po przeszczepie niezwykle silnymi dawkami promieniowania rentgenowskiego, tak by zniszczyć ich układ odpornościowy).

Komu serce

Druga część książki – historia przeszczepów serca – ma nieco inny wydźwięk. To opowieść nie tylko o dążeniu do wiedzy, ale również – jeśli nie przede wszystkim – do sławy.

Jak łatwo się domyślić, nie zdobył jej James Hardy. Boyd Rush, jego pacjent, żył z sercem szympansa tylko około godziny. Przeszczepione serce wprawdzie podjęło pracę, ale było zbyt słabe, by poradzić sobie z przetaczaniem całej krwi człowieka. Hardy próbował uregulować jego rytm, wszywając elektrody, później zaś za pomocą masażu – bezskutecznie. Rush zmarł, nie odzyskując przytomności.

W ten sposób sławę pierwszego człowieka, który żył z przeszczepionym sercem, zdobył Louis Washkansky. Był to handlarz żywnością, potomek Żydów z Kowna, którzy na początku XX wieku uciekli do Republiki Południowej Afryki. W 1967 r. umierającego Washkansky’ego operował – w Kapsztadzie, z dala od wiodących centrów naukowych – doktor Christiaan Barnard, chirurg śmiały, chorobliwie ambitny i żądny powodzenia. Trudnością okazała się nie sama operacja, ale to co nastąpiło po niej – nieustanne balansowanie między odrzuceniem przeszczepu, wymagającym tłumienia odporności, a wywołanymi przez tłumienie odporności zakażeniami.

Washkansky żył tylko dwa tygodnie, jednak drugi pacjent Barnarda już półtora roku. Nazywał się Philip Blaiberg, a jego kilkunastomiesięczna odyseja z nowym sercem na trwale wpisała się do historii medycyny. Wbrew pozorom miała dość złowieszcze skutki: powodzenie Barnarda spowodowało, że w jego ślady poszło kilkudziesięciu chirurgów na całym świecie. W latach 1968-1969 dokonano stu sześćdziesięciu przeszczepów. Statystyka okazała się druzgocząca: 60 proc. pacjentów nie dożyło trzech miesięcy, półtora roku zaś przeżył tylko jeden procent.

Serce jak na dłoni

„Pacjentów” czyta się jak inne książki Thorwalda – z wypiekami. Styl jest prosty, momentami nieco sentymentalny, ale to nie przeszkadza – wystarczy, że dojdziemy do momentu, gdy kolejny bohater trafia na stół operacyjny, a jak przy powieści przygodowej przestajemy interesować się stroną formalną; emocje zaczynają szybować. Książka przypomina, jak wiele zawdzięczamy ludziom, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, i precyzyjnie pokazuje, ile czasu, starań, wysiłku, nerwów i odwagi wymaga coś tak na pozór trywialnego jak zdobywanie nowej wiedzy. Poleciłabym ją jako lekturę lekarzom – barwnie obrazuje, jak ogromna jest ich przewaga nad pacjentem, przewaga, która jest – czy też powinna być – stałym moralnym wyzwaniem.

Jeszcze dodam tylko, że jak zwykle u Thorwalda fragmenty medyczne napisane są tak prosto i klarownie, że mogłyby stanowić wzór popularnego pisania o medycynie. Brakowało mi tylko drobiazgu – schematu serca z zaznaczonymi głównymi żyłami, tętnicami i zastawkami. Gdyby był, znacznie ułatwiłby śledzenie akcji.

Jurgen Thorwald, „Pacjenci”, Wydawnictwo Literackie, 2016

„Klasztor” Zachara Prilepina, czyli szalona sołowiecka odyseja

prilepin„Klasztor” to książka, której czytanie boli. Dosłownie. Główny bohater, Atriom Goriainow, jest więźniem okrutnego sowieckiego łagru. Jego każdy dzień to igranie z ogniem. Kiedy ma szczęście, najada się do syta, odpoczywa, nawet przeżywa miłość. W dni, w które fortuna się od Atrioma odwraca, chłopak pracuje kilkanaście godzin zanurzony w lodowatej wodzie. Zostaje pobity do nieprzytomności. Musi zakopywać zwłoki pomordowanych przyjaciół. Albo trafia w samej bieliźnie do karceru, gdzie temperatura w nocy spada do zera, a wiatr nawiewa śnieg na pryczę.

Wszystkie te nieszczęścia, stanowiące kręgosłup fabularny powieści, opisane są żywo, szczegółowo, plastycznie. Dla wrażliwych lektura staje się wyzwaniem – utożsamiamy się z Atriomem rzucanym w różne kręgi sołowieckiego piekła. Nie ma co przy tym liczyć na emocjonalny odpoczynek. W odróżnieniu od rosyjskich klasyków, do których porównuje się „Klasztor”, w tej książce chodzi o akcję. O wywoływanie mocnych emocji, niekiedy nawet – szokowanie.

Książka

Ta wielka, ponad 700-stronicowa powieść opisuje autentyczne miejsce: pierwszy sowiecki obóz pracy, założony w latach 20. XX wieku na Wyspach Sołowieckich. Więzienie mieściło się w odebranym mnichom monastyrze – stąd tytuł. Łagier sołowiecki był obozem eksperymentalnym. Władze testowały, jak zorganizować więzienie, które będzie nie tylko ośrodkiem izolacji i eksterminacji, ale również wydajnym przedsiębiorstwem. Na Sołowkach więźniowie zajmują się więc m.in. rybołówstwem, pracują w tartaku, prowadzą fermę lisów. Tworzą mikrokosmos, w którym działa teatr, wydaje się gazetę, a na rocznicę rewolucji urządza się imprezę sportową.

Brzmi to dość normalnie: nienormalne kryje się w barakach, gdzie po drobnej utarczce można zostać zamordowanym. W pracy, gdzie więźniowie są dręczeni przez dziesiętników. W karcerze, gdzie z zimna, głodu i strachu tracą rozum. Komendant obozu Eichmanis (wzorowany na postaci autentycznej – Eichmansie) nie przeciwstawia się okrucieństwu, ponieważ uważa, że to skazani sami sobie gotują piekło. Skazani tworzą zaś prawdziwą mozajkę – siedzą tu i biali, i dawni arystokraci, i pierwsi czerwonoarmiści, i chłopi, i leningradzcy poeci. Krótko mówiąc, cała Rosja.

Jeśli chodzi o tzw. głębszą wymowę, można ją sprowadzić do niezbyt odkrywczego – nie ma sprawiedliwych. Wszyscy, włącznie z Atriomem, w odpowiednich okolicznościach zdolni są do najgorszych podłości. „Klasztor” jest nasycony wielobarwnym złem (i zwariowanym szaleństwem!) do samego jądra.

Styl

Opowieść skupia się na przygodach Atrioma i ani na chwilę go nie odstępuje (pomijając wieloczłonowe zakończenie). W pewnym momencie może to znużyć, ale akcja toczy się prędko, karuzela raz wynosi Goriainowa do raju, raz zwozi do najgorszego piekła. „Klasztor” jest doskonale napisany i równie świetnie przetłumaczony – to proza pełna porównań, epitetów, plastyczna i sensualna, taka trochę literatura 3D, która oddziałuje na wiele zmysłów. Zawiera fragmenty zostające w pamięci na długo (np. o zakrętach losu, które doprowadziły do tego, że każdy z nas się urodził), oraz takie, które budzą podziw sprawnością warsztatową (np. chyba najlepszy opis męskiej masturbacji, jaki czytałam – a w tej kategorii, jak wiadomo, konkurentów jest wielu). Zaczyna się mocną sceną, która od razu przemawia do wyobraźni i pokazuje, czego się po książce spodziewać – i pozostaje mocna do samego końca.

Dla mnie lektura była przygodą, niemal do ostatnich stron. Piszę „niemal”, ponieważ pod sam koniec pojawiają się zdania – dosłownie trzy! – które w moich oczach znacząco zmniejszyły dokonanie, jakim jest „Klasztor”. Jakie to zdania? Zanim odpowiem na to pytanie, wypada wspomnieć o enfant terrible – autorze powieści.

Autor

„Klasztor”, najnowsza powieść Zachara Prilepina, trafiła na polski rynek bez fanfarów. Poświęcono jej parę krótkich recenzji. Nikt nie zrobił wywiadu z Prilepinem, promocja była więcej niż skromna. Odnotowuję te fakty bez zdziwienia: dla polskich podniebień autor „Klasztoru” jest daniem co najmniej ciężkostrawnym. Najlepszy obecnie rosyjski pisarz, filolog z wykształcenia, pracował po studiach jako milicjant, a później, jako żołnierz specnazu, odbył dwie kampanie w Czeczenii. Określa się jako nazbol (czyli zwolennik nacjonalbolszewizmu), zakamieniały wróg liberalizmu i gospodarki rynkowej – wypisz wymaluj, modelowy czarny charakter z polskiej czytanki.

Ktokolwiek zajmuje się „Klasztorem”, opatruje swoje rozważania obowiązkowym ostrzeżeniem czytelnika przed Prilepinem. Uważaj, to napisał rosyjski nacjonalista! Książka jest świetna, tylko ten autor… Wydawca nie zawahał się nawet przed umieszczeniem na okładce cytatu z recenzji, który zawiera sformułowanie, że można się z Prilepinem nie zgadzać, ale nie wypada go nie czytać. Przyznaję, że trochę mnie to nasze uwrażliwienie na rosyjską odmienność zdumiewa. Dostojewski też był potworem, a jeśli wziąć pod uwagę jego poglądy – nacjonalistą i polakożercą. Jednak jego dzieło oceniamy bez odżegnywania się od autora. Da się.

Finał

Gorzej gdy autor miesza samego siebie do powieści. A tak się dzieje na końcu „Klasztoru”. Narrator, którego można utożsamiać z Prilepinem, wypowiada wówczas znamienne zdania: „Nie przepadam za władzą sowiecką. Tylko że szczególnie nie lubi jej pewien typ ludzi, którymi z zasady się brzydzę. To mnie z nią godzi”.

No i tu powstaje problem, zonk, chciałoby się napisać. Książka to gigantyczne oskarżenie bolszewików, rozgorączkowane, rozkrzyczane, fizyczne niemal – i taka wolta na koniec? Rozumiem, że Prilepin nie kocha liberałów, to jasne, ale w rezultacie zaprzecza wymowie własnego tekstu i osłabia jego artystyczną wartość. Przynajmniej ja tak interpretowałam zakończenie – przypuszczam, że możliwe są również inne interpretacje.

I jeszcze jedno. Wywiad z Prilepinem po polsku  (z 2008 r.) można przeczytać tutaj. Zainteresowanym polecam tę lekturę – choć tekst jest zaledwie swobodnym zapisem rozmowy i nie ma polskich znaków, to jednak dobrze oddaje krajobraz mentalny i psychiczny autora „Klasztoru”, jego imaginarium – zbiór figur, które meblują mu głowę. Dla nas, Polaków, szczególnie interesujące jest odwrócenie znaczeniowe pewnych pojęć. W ustach Prilepina słowa takie patriota, słowiańska wspólnota czy rewolucja znaczą kolejno: rewolucjonista, rezygnacja z aspiracji niepodległościowych oraz karnawał, święto. Pokazuje to głębokie różnice, jakie dzielą nas i niektórych Rosjan – w zależności od nastroju, groźne lub intrygujące.

26.03.2017

Przeczytałam niedawno w Tygodniku Powszechnym, że niemiecki agent literacki Prilepina odmówił przekazywania mu honorariów za powieści sprzedawane w Niemczech, ponieważ pisarz nie kryje, że wyda te pieniądze na zorganizowanie batalionu walczącego w Donbasie z Ukraińcami. Ta informacja – więcej można przeczytać tutaj – może być istotna dla tych, którzy planują Prilepina czytać, ale przede wszystkim tych, którzy chcą go kupować.

 

 

„Rok magicznego myślenia”, czyli pamiętnik z okresu żałoby

Didion_Rok_magicznego_myslenia30 grudnia 2003 r. pisarka Joan Didion i jej mąż John wrócili do domu bardzo późno. Dyskutowali, czy zjeść kolację na mieście, czy ugotować ją samemu. W końcu zdecydowali się zostać w domu – mieli za sobą ciężki dzień. Spędzili go w szpitalu, na oddziale intensywnej terapii, gdzie trwała walka o życie ich jedynej córki Quintany. Trzydziestoparoletnia Quintana w okolicach Świąt Bożego Narodzenia paskudnie się przeziębiła. Pospolite schorzenie przerodziło się w sepsę i kobieta od kilku dni znajdowała się w stanie krytycznym.

Jej rodzice starali się zachować pozory normalności. John usiadł w fotelu, a Joan napaliła w kominku. Zrobiła mężowi drinka i zajęła się przygotowywaniem sałatki. On przeglądał książkę historyczną, wymieniali luźne uwagi. Nie mówili o tym, co czuli – przygnębieniu, stresie, lęku o córkę.

W pewnej chwili John umilkł. Gdy Joan zerknęła na niego, przechodził ciężki zawał serca. Natychmiast wezwała pomoc, pogotowie zjawiło się błyskawicznie. Mimo to Johna nie udało się uratować.

Magiczny rok

Dziewięć miesięcy później Joan Didion zaczęła pisać „Rok magicznego myślenia”. To szczegółowy opis wszystkiego, co się działo z nią od chwili, gdy zmarł jej mąż. Didion relacjonuje drobiazgowo, co robiła w noc z 30 na 31 grudnia, i co nastąpiło później – jak przeżywała żałobę i jak jednocześnie z determinacją walczyła o życie i zdrowie córki. Wątek Quintany przypomina thriller medyczny – pierwszoosobowa relacja i naukowa terminologia powodują, że fragmenty te czytamy z wypiekami i bardzo szybko. Później tempo zwalnia i nadchodzi czas na refleksje.

John Dunne, mąż Joan, był, jak ona, uznanym pisarzem. Ich małżeństwo trwało ponad czterdzieści lat. Większość tego czasu spędzili razem, oboje pracowali w domu. Wiedli szczęśliwe i wygodne życie: gdy raz w młodości dotknęły ich troski finansowe, wyjechali na miesiąc na Hawaje, licząc, że przez ten czas wszystko się ułoży. I faktycznie tak się stało. Obracali się w sferach intelektualistów i ludzi wpływowych. Joan twierdzi, że gdyby jej córka wpadła w tarapaty podczas wyprawy do któregoś z krajów Trzeciego Świata, wystarczyłoby jej kilka telefonów, by zorganizować amerykański helikopter, który wyratowałby Quintanę z opresji. To poczucie kontroli nad rzeczywistością rozwiało się dopiero po chorobie Quintany i nagłej śmierci Johna.

Fałszywa ułuda nieśmiertelności

Doświadczenia Joan po stracie wydadzą się znajome wszystkim, na których nagle spadła żałoba. Niemożliwość pogodzenia się z nieuchronnym wyraża się głębokim przekonaniem, że zmarły wróci. Przekonanie to jest obsesyjne i między innymi nie pozwala pozbyć się jego rzeczy. Joan rok po śmierci Johna nadal ma jego buty, bo  – „gdy wróci” – mogą mu się przydać. Mówi, że wiele razy doświadcza ogarniającego ją wiru. Maniakalnie analizuje minuta po minucie moment śmierci Johna, zastanawiając się, jak mogłaby jej zapobiec, i domaga się przeprowadzenia sekcji zwłok męża, by dowiedzieć się, co dokładnie zawiodło w jego organizmie. Jest przekonana, że rzeczywistość da się opanować za pomocą inteligencji, dlatego studiuje artykuły naukowe na temat żałoby i stara się opisać swój stan za pomocą języka naukowego.

A jednak najcelniejsze wskazówki znajduje nie w pracach naukowych, ale w podręczniku dobrego wychowania z lat 20. XX wieku. Zawiera on cały rozdział dotyczący żałoby, wyjaśniający, jak w tym okresie powinna zachowywać się osoba rozpaczająca po stracie, oraz jakie są powinności innych żałobników. Ten staroświecki tekst okazuje się zaskakująco aktualny i zgodny ze współczesną wiedzą naukową. Po powrocie z pogrzebu żałobnikom należy podać ciepły rosół, ponieważ są wychłodzeni. Nie należy ich pytać, czy tego chcą, czy nie, ponieważ nie będą umieli podjąć decyzji.

Śmierć jako etap życia

Ten fragment książki dał mi najwięcej do myślenia. Wiedza zawarta w przywołanym przez Didion podręczniku pochodzi z czasów, gdy żałoba nie była niczym nadzwyczajnym, ale normalnym etapem życia. Stanowiło to odbicie faktu, że śmierć nie została usunięta poza granice świadomości – nie stanowiła tabu, ale zwyczajne zakończenie życia, ostatnią jego część. Didion momentami zaś pisze tak, jakby sam fakt istnienia śmierci nią wstrząsnął; jakby nigdy nie przeszło jej przez myśl, że ani ona, ani jej bliscy nie są nieśmiertelni. Jest w tym pewna dziecinność budząca zażenowanie – choć oczywiście nie dotyczy ono tylko „Roku magicznego myślenia”, ale współczesnej kultury, której ta książka stanowi przykład.

W świecie, w którym żyję, żałoba jako taka nie istnieje. Oczywiście ludzie umierają – teraz to pokolenie dziadków, a coraz częściej rodziców moich znajomych – jednak nie przypominam sobie przypadku, by ktoś z tego powodu ubierał się na czarno. Jedno-, dwudniowa nieobecność w pracy to maksimum tego, na co sobie pozwalamy. Później zaś postępujemy tak, jakby nic się nie zmieniło. By nie psuć innym humoru – czyli by nie zachować się niekulturalnie – nie nosimy żałoby, nie manifestujemy smutku, nie domagamy się specjalnego traktowania. Śmierć się nie zdarzyła, w naszym świecie śmierci nie ma. Trudno się dziwić, że gdy strata dotknie nas dopiero – jak Joan Didion – w późniejszym wieku, reagujemy histerycznie. Naiwnie dziwimy się swojemu nieszczęściu, i nieświadomie pragniemy, by oszczędzono nam tego, czego nieuchronność wiek wcześniej wszyscy – od najmłodszych do najstarszych – rozumieli i akceptowali.

Być może zatem nasz stosunek do śmierci stanowi dowód cofnięcia się naszej kultury, a tym samym nas samych, w cywilizacyjnym rozwoju.

Do refleksji

Jak widać, „Rok magicznego myślenia” to książka zarazem skłaniająca do refleksji, ale i irytująca. Zabrakło w niej głębszej analizy żałoby – nie tylko stanów emocjonalnych, opisanych tu dokładnie, ale i zmagań intelektualnych, które są charakterystycznym (co wiem z doświadczenia) elementem tego okresu. Nie jest również zbyt przyjazna w czytaniu – by ją pogrubić, wydawca zdecydował się na czcionkę wielką jak krowie placki, w efekcie czego po zajrzeniu do środka odnosi się wrażenie, że mamy do czynienia z lekturą dla pięcioklasistów. Osobna sprawa to okładka, stanowiąca kolejny dowód udziecinnienia tematu. Tego rodzaju ilustrację z nasionami dmuchawca widzę oczami duszy na dowolnej powieści Lucy Mont-Montgomery.

Nie zaryzykuję stwierdzenia, że lektura „Roku magicznego myślenia” pomoże uporać się z bólem komuś cierpiącemu po stracie. Może jednak pomóc poczuć coś, czego nie zawsze doświadczamy w codziennym życiu – że nie jesteś, człowieku, ze swoją tragedią sam.

„Rok magicznego myślenia”, Joan Didion, Znak litera nova

„Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”, czyli wiele hałasu o coś

MurekZbiór opowiadań debiutantki Weroniki Murek wabił mnie od dawna pięknym tytułem. Zainteresowanie potęgowały sprzeczne opinie krążące na jego temat: jedni wypowiadali się o książce z zachwytem, chwaląc aforystyczny język i wyobraźnię autorki, inni przyznawali bez wstydu, z mieszczańską ostentacją, że nie zdołali doczytać „tego” do końca. Tak duża rozbieżność opinii, wahających się od „debiutu roku” po „grafomanię”, zapowiadała czytelniczą przygodę. Gdy nadarzyła się okazja, ochoczo wzięłam w niej udział.

Co Miczurin ma w środku

Na nieduży tomik z intrygującą okładką składa się osiem czy dziewięć opowiadań. Otwierające ma kilkadziesiąt stron, trzy końcowe tylko po kilka. Opisywanie, o czym są opowiadania, mija się z celem – od fabuły ważniejsze są tu obrazy i dialogi. Choć każdy z tekstów ma swoich bohaterów, akcję, która rozgrywa się w mniej lub bardziej konkretnym miejscu, wszystkie tematy przysłania to, co dzieje się na poziomie języka.

Wyjątkowo silny rytm wydawał mi się niekiedy głównym bohaterem tej prozy. Długie wymiany na pozór prostych zdań odsyłają czytelnika w rejony niecodzienne: w świat magiczny, nadrealny, gdzie krążą postacie z jednej strony znajome, z drugiej fantastyczne. Sklepikarze, przedszkolanki, chorzy na umyśle, umarli między żywymi, Matka Boska i straszący pod łóżkiem Jezusek zaludniają dziwną, oniryczną krainę, która zostaje wszyta, niczym podszewka, pod naszą rzeczywistość. Czytając mamy poczucie stykania się z czymś znajomym, a jednocześnie obco dziwacznym – nasze przyzwyczajenia i gust czytelniczy zostaną wystawione na próbę.

Wady i zalety Miczurina

Mnie, mieszczce z ambicjami, „Uprawy…” czytało się wolno i z pewnym wysiłkiem. Jak to zwykle bywa ze zbiorami opowiadań – jedne bardzo mi się podobały, innych nie czułam do tego stopnia, że porzucałam w połowie. Największe wrażenie zrobił na mnie tekst zatytułowany „Siwy koń w plamy kare”. Napisany czysto i błyskotliwie, bez drażniącej maniery jednolitego rytmu i udziwnionych dialogów, psychologicznie głęboki, doskonale wyważony wybija się ponad pozostałe opowiadania. Dopiero po nim pojęłam, że widoczne wcześniej mankamenty zbiorku są efektem nie tyle braku talentu autorki, ile chyba jego nadmiaru, i że Murek najwyraźniej dopiero uczy się, jak ten nadmiar obsługiwać.

Jej opowiadania mają też inne, specjalne zalety. Jest to debiut kobiecy, co nie zdarza się często, szczególnie że nie mamy do czynienia z fantasy, wydrukowanym blogiem lub książką świąteczno-familijną („I znów spadł gęsty biały puch i otulił niewielki domek Kasi i Piotra”). Autorka nie jest również np. skandalizującą licealistką, która opisuje bohaterkę uprawiającą seks z dziesięcioma poznanymi w internecie starszymi mężczyznami. Innymi słowy, Murek nie idzie na łatwiznę, co mogłoby ułatwić jej wydanie tekstu; ciekawa jestem, w jakim kierunku rozwinie się jej twórczość.

Na marginesie

W jednym z niedawnych numerów „Polityki” natrafiłam na dwie intrygujące opinie. Młody naukowiec, semiotyk z UW badający „zjawiska kultury pełniące funkcje mitów”, przyznaje bez zażenowania, że konsumuje słowo pisane inaczej niż starsze pokolenie – nie jest już w stanie skupić się w pełni na trudnym tekście filozoficznym i przeczytać go od początku do końca poświęciwszy się tylko jemu. Ledwie kilka stron wcześniej znany literaturoznawca zauważa, że książka papierowa, zaspokajająca potrzebę opowieści, a nie tylko informacji, jako jedyna oparła się inwazji nowych mediów. Literaturoznawca wyraża nadzieję, że książka drukowana stanie się w najbliższej przyszłości zobowiązaniem inteligenckim – będzie wypadało nie tylko ją przeczytać, ale również posiadać.

Te dwie wypowiedzi są zaskakująco sprzeczne. Aż się prosi zajrzeć do szklanej kuli: czy świat przyszłości zostanie zapełniony przez semiotyków czy literaturoznawców?

Debiut Murek przechyla futurologiczną szalę na stronę literaturoznawcy. Daje nadzieję, że przypadek semiotyka jest jedynie przykładem przejściowego stanu, w jakim znalazło się pokolenie dorastające równocześnie z internetem – stanu zachłyśnięcia łatwością zdobycia informacji. Cóż, zdobyć informację nie znaczy ją zatrzymać, a móc dowiedzieć się wszystkiego bardzo często jest równoznaczne z ciągle nie wiedzieć nic. Osobiście marzę, że popyt na opowieści, krótkie czy długie, będzie rósł – wraz z głodem czytania, nałogiem posiadania i odradzającą się właśnie modą na – a jakże! – kluby czytelnicze.

Weronika Murek, „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”, Czarne 2015 r.

 

„Wilk”, czyli odnaleziona po latach powieść Marka Hłaski, której autor nie zdecydował się wydać. Czy słusznie?

wilkOd razu wyłożę kawę na ławę. „Wilk” Marka Hłaski jest jak „Rocky 5” – to propozycja dla najwierniejszych fanów. Takich, którzy kochają bezkrytycznie, i którzy z pocałowaniem w rękę kupią kolejną pozycję uwielbianego twórcy, ciesząc się, że w ogóle powstała. Wiem, co piszę, bo czytając „Wilka” czułam się jak w kinie na piątej odsłonie przygód Rocky’ego: nieco osamotniona, z góry pełna aprobaty, gotowa przymknąć oko na wszelkie scenariuszowe potknięcia i nonsensy.

Historia „Wilka” jest dobrze znana, więc tylko szybciutko ją przypomnę. Hłasko pisał tę powieść w wieku dziewiętnastu lat i zawarł umowę z Iskrami, wziął zaliczkę, po czym nie dostarczył wydawnictwu tekstu. Po latach książkę odkrył doktorant polonistyki – z zaskoczeniem stwierdził, że ma w rękach literacki rarytas, nieznaną powieść Marka Hłaski. Iskry wydały ją ochoczo, tłumacząc, że w ten sposób Hłasko symbolicznie wywiązuje się z umowy zza grobu.

Dlaczego Hłasko nie zdecydował się debiutować tą powieścią, można tylko przypuszczać. Oto moje podejrzenia.

Fabuła

„Wilk” opowiada historię młodego chłopaka, Ryszarda Lewandowskiego, który dorasta w latach 30. XX wieku w warszawskiej dzielnicy Marymont. To siedlisko nędzy, brudu, beznadziei i bezrobocia. Ludzie są upodleni, szarzy, gotowi skoczyć sobie do gardeł, byle tylko przetrwać kolejny dzień. Dawno temu utracili godność i marzenia. Bohater próbuje znaleźć wyjście z nędzy, ale nie wie, gdzie szukać drogi do lepszego życia. Najpierw marzy o ucieczce do Ameryki i zostaniu kowbojem, później gotowy jest zacząć kraść i przystąpić do ferajny, w końcu przyjmuje poniżającą pracę, polegającą na tym, że za pieniądze kioskarzy bije nielegalnych sprzedawców gazet. Kiedy nie może znieść poniżenia, rzuca to zajęcie, i głoduje z przedwcześnie postarzałą matką oraz ojcem furmanem, do czasu aż… Aż uświadamia sobie, że pełne poświęcenie sprawie robotników i zrozumienie ich niedoli, a także rzeczywiste wsparcie oferuje biednemu Marymontowi i innym uciskanym dzielnicom jedynie partia komunistyczna.

Odkrywca książki tłumaczy w posłowiu, że akcenty ideologiczne („Co to jest szczęście? Szczęście to – partia!”) zostały rozmieszczone tak, by nie zabić wartości literackich „Wilka” i stanowią klasyczny „ogarek diabłu” – coś , co trzeba było w latach 50. dodać, żeby powieść w ogóle mogła zostać wydana. Niby to prawda, ale mniej więcej do trzech czwartych książki. Finał w „Wilku” nie jest już ornamentowy. Strajk w fabryce na Marymoncie, w czasie którego czystość komunistów uwodzi wyrosłego w brudzie Ryśka, stanowi logiczne ukoronowanie całej fabuły i zawiera m.in. natchniony opis malowania przy świecach portretu Stalina oraz złośliwy pamflet na działaczy PPS-u, którzy zostali przedstawieni jako zdrajcy klasy robotniczej, broniący sanacyjnego i kapitalistycznego status quo. Czyli mówiąc dosadnie – to jest już przejechane grubo i w żaden sposób nie do obronienia (choć zastrzegam, że nie znam wiele dzieł socrealizmu, więc może rzeczywiście ten wytwór rozpalonej wyobraźni Hłaski to przy ówczesnej prozie pikuś).

Na mój nos, nos wiernego czytelnika, autor „Wilka” nie wydał tej książki, ponieważ w to, co napisał, ani odrobinę nie wierzył. Hłasko dopuszczał prawdziwe zmyślenia, ale cały finał „Wilka” to propagandowy bullshit, nieprawdziwe zmyślenie. Wydać to znaczyłoby – mówiąc brzydko – skurwić się w debiucie. Rezygnując z „Wilka” Hłasko debiutował „Pierwszym krokiem w chmurach”, zbiorem opowiadań autentycznych, mocnych i szczerych do bólu, a także…

Styl

…a także o wiele lepszych literacko.

„Wilk” rozpada się na dwie części. Po fatalnych kilku pierwszych stronach mamy długie fragmenty pokazujące przedwojenny Marymont, które są znakomite. Świetnie odmalowane postacie od razu „się czuje”, w soczystych, mocnych dialogach nie ma nic sztucznego, realia pokazane zostały skrupulatnie – widać, że autor nie dość, że miał talent, to jeszcze przejrzał archiwa. Jest tu wszystko, co kochamy u Hłaski, emocje, mięso i rozmach, i każdy fan będzie w pełni usatysfakcjonowany.

Później jednak poziom książki obniża się. Potykamy się o liczne opisy przyrody, które absolwentom czteroklasowego liceum przypomną Żeromskiego przyprawionego Orzeszkową („mgiełki błękitnieją, drgają nad zarosionymi łąkami, z kropelek migocących są utkane”…), młodszych zaś czytelników wprawią w osłupienie – trzy lata gimnazjum razem z trzema latami liceum nie przygotowały ich na odkrycie, że słowa w języku polskim da się połączyć w tak kwieciste zdania. Styl książki, przez który prześwitują lektury młodego Hłaski, bardzo się zestarzał. Nie są to może „Krzyżacy”, ale pisze się już inaczej, co w połączeniu z naturalnymi dla debiutanta potknięciami powoduje, że do bojowego finału „Wilka” dotrą najwierniejsi. Żeby nie przesadzić z krytyką, dodam, że książka nie jest zła. Trzyma tempo, nieznających nowelek pozytywistycznych może zaskoczyć fabułą, a jeśli uświadomimy sobie młody wiek autora, to w ogóle pójdzie nam w pięty – mimo to do następnych utworów Hłaski jej daleko.

Czy autor czuł, że to jeszcze nie to? Czy miał wrażenie, że może pisać lepiej, i również dlatego zakopał „Wilka” w szufladzie, traktując go jako wprawkę? Jeśli tak – chapeau bas! Dobrze wiem, jak silne jest pragnienie literackiego debiutanta, by zadebiutować; oparcie się takiemu pragnieniu, gdy przychodzi za wcześnie, to znak siły woli i naprawdę sporego rozsądku.

Szczęście fana

Czytałam zwykłe wydanie „Wilka”, czyli wersję w białych okładkach z posłowiem oraz starannie opracowanymi przypisami (straszą nadmiarem tylko na pierwszych kartkach). I jedno i drugie przydaje się podczas lektury. Przypisy pozwalają niewarszawiakowi odnaleźć się w realiach, posłowie zaś ułatwia wybaczenie Hłasce, że w tej powieści jest dopiero swoją zapowiedzią. Nie obraziłabym się na jeszcze parę zdjęć z epoki, ale wiem, że to już lekkie wybrzydzanie; książka sprzedana jest ładnie.

Pozostaje zastanowić się, czy wydawanie „Wilka” w 2015 roku, dawno po śmierci nie tylko Hłaski, ale i świata, który opisał, w ogóle miało sens? Lub inaczej – czy miało sens inny niż finansowy (bo ten oczywiście miało, w końcu nie cierpimy w Polsce na nadmiar legend literackich, których portrety drukuje się na koszulkach)? Ostatecznie Hłasko „Wilka” z szuflady nie wyjął, czy nie wypadałoby uszanować jego woli? Czy nie zgrzyta teraz zębami, że pochylamy się z uwagą nad jego młodzieńczym aktem twórczej gorączki?

Stawiam te pytania, ale zamierzam na nie odpowiedzieć, bo to nie są pytania do mnie. Ja jestem fanem, na szóstą część Rocky’ego też pójdę.

Marek Hłasko, Wilk, Iskry, 2015 r.

 

„Cień Jedwabnego Szlaku”, czyli samotna podróż brytyjskiego dżentelmena przez przestrzeń i czas

jedwabny-szlakW czasach dynastii Tang garnizon liczący sześciuset ludzi był oblegany przez wrogów. Dowódca zorientował się, że jego wojsku brakuje żywności. Zabił więc żonę i nakarmił nią żołnierzy. Następnie po kolei zabijał najsłabszych i karmił nimi tych, którzy jeszcze zachowali siły. Garnizon padł, gdy w środku broniło się już tylko stu żołnierzy. Odsiecz przybyła trzy dni później.

Ta chińska legenda pochodzi z książki „Cień Jedwabnego Szlaku” Colina Thubrona , brytyjskiego pisarza i podróżnika. Według Thubrona opowieść o dowódcy garnizonu w pojęciu Chińczyków pokazuje wzorową postawę obywatelską. Co ją cechuje? Wierność obowiązkom i gotowość poświęcenia wszystkiego dla dobra państwa. Wszystkiego, czyli także żony i słabych żołnierzy. Grupa, a konkretniej – własna grupa jest ważniejsza od jednostki. Jednostka ma obowiązek dbać o jej dobro, nie o swoje własne.

11 tys. kilometrów przez Azję

Książka „Cień Jedwabnego Szlaku” wyszła w Polsce dwa lata temu. Thubron opisuje w niej swoją wędrówkę z leżącego na Dalekim Wschodzie chińskiego miasta X’ian nad brzeg Morza Śródziemnego. Trasa wiedzie starożytnym szlakiem, którym jeszcze przed naszą erą kupcy wozili najcenniejszy surowiec Chin – jedwab. Przez Chiny wzdłuż Wielkiego Muru, wokół zabójczej pustyni Takla Makan, przez puste doliny dzisiejszego Kirgistanu, Turkmenistanu i Afganistanu prowadzi droga, którędy na zachód jechały bele jedwabiu. Thubron pokonał ją sam, w ciągu ośmiu miesięcy. Jechał głównie autobusami i koleją, często zabierał się z miejscowymi.

„Cień Jedwabnego Szlaku”, jak wszystkie książki Thubrona, nie przypomina typowej relacji z podróży. Wprawdzie zawiera informacje historyczno-etnograficzne oraz opisy pokonywania kolejnych odcinków, ale stanowią one punkt wyjścia do najważniejszego, czyli spotkań z ludźmi innej rasy, kultury i religii. Brytyjczyk przyjmuje przy tym klasyczną pozycję podróżnika z Zachodu – wprawdzie wyrosłego w poczuciu bezpieczeństwa i w kulcie indywidualizmu, ale tęskniącego za utraconą religijnością i przynależnością do rodu\klanu. Nie byłoby to wyjątkowe, gdyby Thubron nie był Brytyjczykiem; charakteryzujące go melancholia, delikatny smutek, wrażliwość na drugiego, nawet uduchowienie nie są cechami, które uznalibyśmy za rdzennie brytyjskie.

Bez aparatu fotograficznego

Thubron zanurza nas w Azji podobnie jak zanurzał się w niej sam – śledzimy, jak poszukuje we wschodnich Chinach potomków legionistów rzymskich Krassusa. Jak wyrusza wielbłądem na pustynię, by odnaleźć resztki świątyni pochłaniane przez piach. Jak pomaga mnichowi z zagubionego klasztoru skontaktować się z bratem. Jest coś wzruszającego w każdym z tych obrazów. Okazuje się, że po świątyni pozostał szkielet, ludzie o tajemniczo jasnych oczach rozjechali się po świecie, a telefon brata nie odpowiada. Próby zrozumienia rzeczywistości, nagięcia jej do swojej woli czy cofnięcia czasu kończą się niepowodzeniem.

Wzruszenie pogłębia się, jeśli uświadomimy sobie, że autor, wychowanek Eton College (rocznik 1939) podróżował tylko z plecakiem i – co najbardziej zdumiewające – bez aparatu fotograficznego. Taka długa podróż i ani jednego zdjęcia? Żadnego bloga z trasy, żadnej fotografii na fejsie? Czy potrafimy to sobie wyobrazić?

Lektura zimowa

Książkę czyta się powoli, co nie znaczy, że trudno. Napisana jest pięknym, dojrzałym językiem, który charakteryzuje to, że szanuje słowa. Obrazy są czyste, poetyckie, wysmakowane. Każą zatrzymywać się podczas lektury, zapadają w pamięć. Thubron podróżował bez pośpiechu, czytelnik jego relacji również może zasmakować w wędrówce, której nie trzeba zmieścić w nieprzekraczalnych ramach tygodniowego urlopu.

Najlepsza jest pierwsza połowa, która dotyczy zmieniających się Chin. Później relacja robi się fragmentaryczna, co budzi niedosyt. Lektura sprawiła jednak, że zapragnęłam wrócić do innej książki Thubrona, którą już tu opisywałam – „Po Syberii”. Mam wrażenie, że obecną niepokojącą porę roku, długie zamglone ciemności najlepiej spędzić w podróży, chociażby czytelniczej.

Colin Thubron, Cień Jedwabnego Szlaku, wyd. Czarne, 2013 r.