„Krótka historia rozumu”, czyli od australopiteka do Einsteina

Krotka.historia.rozumuNazywał się Robert Recorde. W 1557 roku dokonał fundamentalnego przełomu naukowego, o którymi nikt nie wie. Wynalazł mianowicie znak równości. Tak, chodzi o „=”. Dwie poziome kreski oznaczające, że coś idealnie odpowiada czemuś innemu, przyjęły się dopiero w XVI wieku. Do tamtego czasu ludzkość obywała się bez  najbardziej podstawowego znaku notacji matematycznej.

Ta anegdota dobrze obrazuje, jak wiele pojęć, które uznajemy za trwały i pełnoprawny składnik rzeczywistości, bynajmniej nie jest z nami od zawsze. Ludzkość dopiero musiała je wynaleźć, nieraz po stuleciach oporów i trudów. O gigantach, którzy podjęli wysiłek i odnieśli sukces, opowiada Leonard Mlodinow w swojej najnowszej książce „Krótka historia rozumu”. Mlodinow, fizyk teoretyczny i popularyzator, znany najbardziej z „Nieświadomego mózgu”, tym razem pokusił się o spisanie historii myśli ludzkiej od pradziejów aż po rewolucję kwantową.

Newton alchemik

To brzmi groźnie, ale efekt nie budzi lęku. Zamiast opus magnum dostajemy lekką książkę popularnonaukową, która stylem odwołuje się do klasycznej „Krótkiej historii prawie wszystkiego” Billa Brysona. Od dowcipu do dowcipu przechodzimy od początków rodzaju ludzkiego, przez pierwsze narzędzia, rewolucję neolityczną, wynalezienie pisma, dokonania starożytnych, po tryumfy Newtona, Mendelejewa, Darwina i Einsteina. Z konieczności przekraczanie kolejnych milowych progów naukowych opisywane jest skrótowo – Mlodinow koncentruje się raczej na wyjaśnianiu, na czym polegał przełom, niż na szczegółach kolejnych osiągnięć. Szczęśliwie nie zaniedbuje nakreślenia sylwetek kolejnych bohaterów, co sprawia, że nabierają dla nas ludzkich cech, a książka nie trafia na półkę z interesującymi pozycjami, które na pewno kiedyś przeczytamy.

Naturalnie autor podejmuje przy tym ryzyko polegające na tym, że Galileusza zapamiętamy jako miłośnika weneckich prostytutek, Newton zaś trafi do kategorii szalonych alchemików, którzy byli w stanie poświęcić kilkanaście lat życia np. na szukanie mikstury zapewniającej wieczną młodość. To jednak zabieg celowy – Mlodinow pokazuje swoich bohaterów, tyle samo miejsca poświęcając ich pracy, która odniosła sukces, jak i tych ich wysiłkom, które prowadziły na zachwaszczone manowce. Ma to wielką zaletę, ponieważ pozostawia czytelnika z odczuciem, że geniusz nie jest jakąś trudno definiowalną cechą umysłu, przypadkiem otrzymaną przez nielicznych, ale inteligencją przemnożonej przez lata ciężkiej pracy (z których większość bywa zmarnotrawiona na teorie błędne, szalone lub niesprawdzalne). I jeszcze na dodatek skwantyfikowaną przez trudno definiowalne szczęście.

Historia wszystkiego i jeszcze czegoś

Nic więc nie powstaje przypadkiem i nic nie było z nami od zawsze. Przypomnienie o tym to niewątpliwa zasługa Mlodinowa, tutaj jednak zalety jego książki się kończą. Planując napisanie o wszystkim ryzykuje się, że się napisze o niczym… Z tego niebezpieczeństwa autor wyszedł zwycięsko, gorzej że napisał o wszystkim i jeszcze o czymś więcej. Wplótł mianowicie w książkę historię własnej rodziny, a szczególnie ważnej dla niego postaci ojca, polskiego Żyda, który ocalał z Holokaustu.

Nie mam nic przeciwko osobistej perspektywie – takie podejście ociepla, a niekiedy wręcz czyni strawną suchą naukową materię. Jednak w przypadku „Krótkiej historii rozumu” grzybów w barszczu jest stanowczo za dużo. Albo lekkie dowcipy, albo opowieści o egzekucjach dokonywanych przez nazistów. Trzeba wielkiego talentu, by grać na wszystkich nutach, bez niego mamy wrażenie kakofonii.

Fizyka królową nauk

Drugi zarzut to – paradoksalnie – wybiórczość. Autor koncentruje się na fizyce, co zważywszy na jego wykształcenie nie dziwi, ale jest to koncentracja przesadna. Z innych nauk mamy tylko chemię i biologię sprowadzoną do teorii Darwina. Dwudziesty wiek reprezentuje zaś wyłącznie odkrycie mechaniki kwantowej. A co z medycyną? Z psychologią? To również domeny działania ludzkiego rozumu, i to intensywnego działania – ale o tym z książki Mlodinowa się nie dowiemy.

Podsumowując – „Krótka historia rozumu” nie jest pozycją złą, ale więcej obiecuje tytułem niż oferuje w rzeczywistości. Jest przystępna i łatwa w odbiorze, jednak czytelnik ma wrażenie, że potencjał bardzo mocnego tematu został rozwodniony, a przez to nieco zmarnowany. No bo jaki związek z umysłową historią ludzkości ma zdjęcie rodziców Mlodinowa z wieczoru zaręczynowego, które wieńczy dzieło? Dla mnie jest to związek dyskusyjny; co innego gdyby autor napisał „Krótką historię uczuć”.

Której to pozycji – zważywszy na modę pisania krótkich historii wszystkiego – też się pewnie wkrótce doczekamy.

Leonard Mlodinow, Krótka historia rozumu, Prószyński i Ska, Warszawa 2016

„Pchły, plotki, a ewolucja języka”, czyli dlaczego zaczęliśmy mówić

Lubię to. Usiąść przy kawie i rozgadać się, pozwalając, by rozmowa swobodnie płynęła. Ostatnie lektury, najnowsze wydarzenia, polityka, opowieści o odległych krajach… Stop! Choć wydaje mi się, że podczas spotkań z przyjaciółmi wymieniam się głównie informacjami o świecie i opiniami na różne tematy, antropolog i psycholog ewolucyjny Robin Dunbar udowadnia, że się mylę. Według niego aż 60-70 proc. wszystkich rozmów poświęcamy szeroko rozumianym plotkom.

Nasza skłonność do opowiadania o sobie, swoich przeżyciach i emocjach, a także do wymieniania informacji na temat innych ma głębokie ewolucyjne podłoże. Według Dunbara była kluczowym elementem, który zadecydował o powstaniu naszego gatunku. We wznowionej właśnie książce „Pchły, plotki, a ewolucja języka” brytyjski naukowiec szuka odpowiedzi na pytanie, skąd się wzięła ludzka zdolność mówienia. Przypomina, że w tej chwili na Ziemi istnieje 5 tys. języków (a uwzględniając dialekty – nawet o tysiąc więcej). Kiedy się pojawiły i dlaczego?

Konwencjonalne odpowiedzi na oba te pytania są następujące – zaczęliśmy mówić ok. 50 tys. lat temu, a język służył mężczyznom do sprawnego organizowania polowań (czyli wymiany komunikatów typu „Nad jeziorem pasie się stado bizonów”). Robin Dunbar odrzuca oba te wyjaśnienia. Jego zdaniem język jest tak stary jak gatunek ludzi, a zatem zaczął bardzo powoli powstawać już 200 tys. lat temu. Jego poprzednikami były małpie wokalizacje – złożone sygnały głosowe, na tyle wyrafinowane i subtelne, że niektóre gatunki małp są w stanie „nazwać” różne rodzaje drapieżników zagrażających rodzimemu stadu.

Kto pierwszy zaczął mówić i po co?

Na pozór wydaje się, że bez danych kopalnych nie da się tego rozstrzygnąć. Dunbar przedstawia jednak przekonującą analizę, która prowadzi do bardzo ciekawych wniosków. Punktem wyjścia do niej jest przypomnienie, że motorem każdej zmiany ewolucyjnej – a więc również pojawienia się pierwszych gatunków hominidów – jest zmiana klimatyczna. Oziębienie klimatu i zmniejszenie się powierzchni lasów w Afryce skłoniło naszych praprzodków do szukania pokarmu najpierw na skraju lasu, a następnie na sawannie. Zajęcie tych nisz ekologicznych wiązało się z jednak większym ryzykiem ataku ze strony drapieżników, przed którymi na otwartym terenie nie ma się gdzie schronić. Jak sobie poradzić z niebezpieczeństwem spotkania stada lwic, tygrysa szablozębnego lub lamparta? Są dwa sposoby – albo zwiększyć masę ciała (drapieżnik częściej zawaha się przed atakiem), albo liczebność grupy.

Zdaniem Dunbara nasz gatunek zdecydował się przede wszystkim na to drugie. Zaczęliśmy żyć w coraz większych grupach, które stopniowo osiągnęły 150 osobników. Jest to graniczna wielkość – autor „Pcheł” wykazał, że określa maksymalną liczebność grupy, z jaką człowiek może efektywnie utrzymywać kontakty. Dotyczy to zarówno zamierzchłej przeszłości, jak i teraźniejszości. Liczba krewnych, przyjaciół i znajomych, z którymi tworzymy więzi, wynosi najwyżej 150. Na więcej nie pozwala nam objętość kory nowej – najmłodszej ewolucyjnie części mózgu – która u wszystkich naczelnych jest związana wprost proporcjonalnie z wielkością grupy, jaką tworzy dany gatunek.

Dlaczego grupy się nie rozpadają?

Zatem nasi przodkowie hołdowali zasadzie – trzymajcie się kupy, kupy nikt nie ruszy. Niby proste, a jednak ma rzadko uświadamianą konsekwencję. Otóż nie jest łatwo żyć w tak dużej grupie i utrzymać jej spójność. Ktoś kogoś zastraszy, inni się pobiją, ktoś spróbuje podkraść komuś żywność… Małpy rozwiązują ten problem iskając się nawzajem, czyli czyszcząc sobie futerka. Niektóre gatunki poświęcają na tę czynność nawet 20 proc. swojego czasu. Nie chodzi tylko o utrzymanie higieny ani o przyjemny lekki haj, jaki wywołuje wydzielanie się naturalnych opioidów endogennych stymulowane przez dotyk. Iskając się nawzajem małpy wymieniają przysługi i zacieśniają więzi, które wzmacniają spójność stada.

A ludzie? Żyliśmy i żyjemy w zbyt dużych grupach, by czynnikiem spajającym mogło być czasochłonne iskanie. Zdaniem Dunbara zastąpił je język. Antropolog stawia rewolucyjną tezę, że rozwinął się, by wzmacniać spójność grup pierwszych ludzi: mowa służyła wymianie informacji towarzyskiej – kto co robi i z kim – oraz eliminowaniu darmozjadów. Obala też klasyczną koncepcję, że mówić zaczęli mężczyźni, by organizować polowania. Jego zdaniem były spokrewnione ze sobą kobiety, tworzące w grupach pierwotnych trzon społeczności.

O czym rozmawiamy?

Oczywiście nie ma na to wszystko dowodów bezpośrednich, ale analiza Dunbara, którą streściłam wyżej w ogromnym skrócie, jest dokładna i przekonująca. Jak wspomniałam na początku, 60-70 proc. wszystkich naszych rozmów dotyczy tematów towarzyskich. Dunbar przeprowadził badania, które wykazały, że istnieje zasadnicza różnica między rozmawiającymi kobietami i mężczyznami. Kiedy spotykają się w grupach jednorodnych pod względem płci, kobiety dwie trzecie „czasu towarzyskiego” poświęcają na wymienianie informacji o innych. Mężczyźni zaś dokładnie tyle samo – na mówienie o sobie.

„Pchły, plotki, a ewolucja języka” czyta się znacznie lepiej niż „Człowieka”, poprzednią książkę Dunbara wydaną w Polsce. Tamta była mocno obciążona aparatem naukowym, ta została lepiej dostosowana do możliwości czytelnika nie zajmującego się zawodowo antropologią. Wywód jest wciągający, tym bardziej że autor rozprawia się z wieloma mitami na temat naszej zamierzchłej przeszłości. Na przykład dowodzi, że w grupach hominidów łowy wcale nie służyły codziennemu zdobywaniu żywności. Wylicza, że to zajęcie zbyt czasochłonne i energiochłonne, by dzięki niemu dało się wyżywić siebie, swoje dzieci i ich matkę. Mężczyźni chodzili polować po to, by wykazać się odwagą, pomysłowością i wytrwałością – a zatem, by zaprezentować, że mają dobre geny. Było to zatem zachowanie godowe, służące zapewnieniu sobie okazji do prokreacji.

„Pchły, plotki, a ewolucja języka”, Robin Dunbar, Copernicus Center 2017

„Człowiek, który poznał nieskończoność”, czyli niezwykła historia matematycznego geniusza

W 1913 r. do Godfrey Harolda Hardy’ego, najwybitniejszego matematyka angielskiego tamtych czasów, przyszedł list. Nad adresem Cambridge widniały znaczki z Madrasu. Hardy, 37-letni wykładowca słynnego Trinity Collage, ekscentryczny, buntowniczy i żądny nowości, zamknął „Timesa” i rozciął kopertę. Starannie wykaligrafowane litery składały się w proste słowa. Hinduski urzędnik niskiego szczebla prosił go o ocenę swoich prac matematycznych.

Hardy przebiegł wzrokiem kartki i odłożył je na stół. Był bliski wyrzucenia przesyłki. Często dostawał wiadomości od szaleńców, przekonanych, że udało im się odkryć wzór na istnienie Boga lub udowodnić prawdziwość protokołów Mędrców Syjonu. Hardy podejrzewał, że z dalekich Indii napisał do niego kolejny nieszkodliwy wariat.

A jednak coś w liście nie dawało mu spokoju. Wrócił do niego wieczorem. Czytał uważnie, po czym poszedł do mieszkania kolegi, Johna Littlewooda, drugiej gwiazdy ówczesnej brytyjskiej matematyki. Spędzili nad listem cały następny dzień, studiując jego zawartość.

W końcu wydali osąd – z Indii do Hardy’ego napisał nie maniak, ale nieznany matematyczny geniusz.

Pierwsze życie Sriniwasy Ramanujana

Autor listu urodził się dwadzieścia trzy lata wcześniej w południowych Indiach, w mieście Kumbakonam, trzysta kilometrów od Madrasu. Należał do najwyższej hinduskiej kasy – braminów – jednak jego rodzice byli bardzo biedni. Ojciec pracował jako sprzedawca tkanin, matka dorabiała śpiewem w świątyni. Zdarzało się, że w domu brakowało jedzenia, a Sriniwasę Ramanujana dokarmiali znajomi i sąsiedzi.

Chłopak od najmłodszych lat zdradzał zdolności matematyczne. Przez pierwsze klasy szkoły przechodził jak burza. Szkołę średnią ukończył z tak dobrym wynikiem, że zdobył stypendium do miejscowego college’u. Jednak wówczas w jego losie nastąpił pierwszy z gwałtownych zwrotów.

W ręce Ramanujana przypadkiem wpadła pewna książka. Był to podręcznik dla angielskich studentów matematyki napisany przez zwykłego korepetytora. „Przegląd podstawowych zagadnień matematyki teoretycznej” przeraziłby laika – zawierał niemal wyłącznie równania. Strona po stronie ciągnęło się pięć tysięcy twierdzeń, pozbawionych komentarza czy choćby podstawowych wyjaśnień. Po prostu wzór za wzorem, odzwierciedlające stan wiedzy matematycznej z połowy XIX wieku.

Ramanujan przeczytał tę książkę – i został uwiedziony. Od tej pory w jego życiu liczyła się tylko matematyka. Zrezygnował z uczenia się czegokolwiek innego. Utracił stypendium, nie skończył college’u – ani tego, ani następnego. Następne kilka lat spędził na werandzie domu swoich rodziców, na ich utrzymaniu, z tabliczką do pisania na kolanach. Zajmował się obsesyjnie matematyką: szeregami zbieżnymi i rozbieżnymi, liczbami pierwszymi, teorią liczb – i sam, bez jakiejkolwiek zachęty – zaczął tworzyć własne twierdzenia.

Więcej niż jeden wzór

Historię Ramanujana opisuje książka „Człowiek, który odkrył nieskończoność” Roberta Kanigela. Autor, pisarz popularnonaukowy związany z MIT, stworzył świetną biografię – wielowymiarową, wciągającą, drobiazgowo udokumentowaną. Znakomite nowojorskie wydawnictwo Scribner’s (to samo, w którym wydawał Thomas Wolfe, ukazany w niedawnym filmie „Geniusz”) umożliwiło mu zbadanie źródeł zarówno w Indiach, jak i Wielkiej Brytanii. W rezultacie dostajemy skrupulatny opis krajów, z których pochodzili zarówno Ramanujan, jak i Hardy.

Co jadali prawowierni bramini? Jak się ubierali, w co wierzyli? Jak wyglądały ich domy, ulice ich miast? Jakie znaczenie miały dla nich religijne obrzędy? I z drugiej strony – co składało się na kulturę uniwersytecką Cambridge początku XX wieku? Jakich ludzi formował ten uniwersytet? Co ceniło się w środowisku intelektualnym? Odpowiedzi na te pytania budują dwa światy, które spotykają się ze sobą w 1914 r., kiedy na zaproszenie Hardy’ego Ramanujan przyjeżdża do Trinity College.

Kanigel nie zrezygnował również z pokazania nam trzeciego – matematyki teoretycznej. W przedmowie uczciwie uprzedza, że zdecydował się przedstawić matematyczne dokonania Hindusa. Tym samym złamał żelazną zasadę pisarstwa popularnonaukowego,  mówiącą, że jedyny wzór, jaki zniesie czytelnik, to e=mc2…

Chwała mu za to. Obszerne fragmenty tłumaczące prace Ramanujana należą moim zdaniem – obok opisów kultury Trinity Collage – do największych wartości tej książki. Sprawdzają nie tyle, ile pamiętamy z matematyki, ale raczej, czy chce nam się myśleć. No i są bardzo ciekawe. Wyobraźmy sobie długie jesienne miesiące 1916 czy 1917 roku, kiedy w Europie toczy się okrutna wojna, a w ciemnym i zimnym Cambridge genialny Hindus z równie wybitnym Brytyjczykiem tygodniami próbują znaleźć stworzyć wzór na ilość liczb pierwszych w określonym przedziale liczbowym…

Drugie życie Ramanujana

Wzór ten powstał i należał do trzech największych osiągnięć Ramanujana. Inne to twierdzenie o liczbie rozkładów dowolnej liczby n oraz odkrycie pozornych funkcji theta. Więcej nie zdążył dokonać. W czasie czterech lat, które spędził w Anglii, niedożywienie i głęboka samotność sprawiły, że rozwinęła się u niego gruźlica . Po zakończeniu wojny wrócił do Indii, ale nie zdołał już objąć czekającej na niego katedry na uniwersytecie w Madrasie. Zmarł w wieku zaledwie 32 lat. Do końca zajmował się abstrakcyjną matematyką.

I to ona właśnie – obok bajkowej historii o „odkryciu” Ramanujana przez Hardy’ego – prowadzi do najciekawszych pytań, jakie wynikają z książki Kanigela. Talent Ramanujana, genialna intuicyjna umiejętność znajdowania twierdzeń matematycznych, dotyczył nauki nie mającej absolutnie żadnego przełożenia na rzeczywistość. Tego, co robił Ramanujan, nie da się wykorzystać w żaden praktyczny sposób – ani do znalezienia lekarstwa na raka, ani do budowania szybszych samolotów, ani nawet do odkrywania tajemnic kosmosu. Twierdzenia Ramanujana są interesujące tylko dla kilkuset matematyków na świecie, i to tych wyłącznie, którzy zajmują się teorią liczb. Tak naprawdę tylko oni są w stanie w pełni pojąć, docenić i zachwycić się samorodnym geniuszem Hindusa.

Pozostali zaś – jak ja – mogą jedynie pozazdrościć Ramanujanowi życia poza przymusem praktyczności. Zajmował się matematyką dla jej czystego piękna. Tylko tyle. Aż tyle?

Poza okładką

Książka straszy złą okładką – plakatem z niedawnej jej ekranizacji z Jeremym Ironsem w roli Hardy’ego. Film jest poprawny, ale średni, i raczej nie zdobył szerokiej publiczności, więc sens promowania nim biografii Ramanujana wydaje mi się dyskusyjny. Zrażać nie należy się też chropowatym prologiem, dopiero po nim rozpoczyna się właściwa lektura. Książkę czyta się łatwo, z zainteresowaniem i przyjemnością. Polecam.

Robert Kanigel, Człowiek, który poznał nieskończoność, Świat Książki, 2017

Jurgen Thorwald „Pacjenci”, czyli historia medycyny dla żądnych wrażeń

thorwald_pacjenci_m23 stycznia 1964 r. w szpitalu w Jackson w Missisipi nastąpiła jedna z najbardziej brawurowych prób ratowania życia ludzkiego w historii medycyny. Na oddziale kardiologii umierał 68-letni Boyd Rush, głuchoniemy emeryt, od wielu lat ciężko chorujący na serce. Był nieprzytomny, oddychał nieregularnie. Miał obrzęknięte nogi, skrzepliny pochodzące z lewej komory serca wywołały krwotok mózgu i martwicę w lewym podudziu. Według kardiologa pozostało mu kilka godzin życia.

Umierającego uratować mógł tylko jeden zabieg, dotychczas nieprzeprowadzony przez nikogo na świecie – przeszczep serca. Zaryzykować zdecydował się chirurg James D. Hardy, mający już na koncie pierwszy przeszczep płuc. Przez cały dzień Hardy nerwowo poszukiwał dawcy. Gdy pod wieczór Rush był już w agonii, chirurg w ostatniej chwili podłączył go do sztucznego płucoserca. Nie mógł dłużej czekać – wykonał więc coś, do czego przygotowywał się od dawna i co teoretycznie dawało szanse powodzenia. O 21.30 przeszczepił Rushowi serce szympansa.

Thriller medyczny

Historia tej niezwykłej operacji to tylko jedna z wielu, które wypełniają wznowioną po raz kolejny w Polsce książkę Jurgena Thorwalda „Pacjenci”. Autor, najbardziej znany ze wspaniałego „Stulecia chirurgów”, specjalizował się w popularyzowaniu historii nauki. W „Pacjentach” zajął się początkami transplantologii, które przypadają na pierwszą połowę XX wieku. Książka skupia się na dwóch wątkach – chorobach serca oraz chorobach nerek – i przedstawia rozwój medycyny z innej niż zwykle perspektywy: od strony pacjentów.

Ten prosty zabieg spowodował, że dzieło Thorwalda czyta się jak hipnotyzujący thriller. Każdy rozdział to powieściowy opis konkretnego człowieka: jego życia, rodziny, aspiracji i wreszcie śmiertelnej choroby. Niekiedy wypada to nieco łzawo, zawsze jednak budzi emocje i przykuwa uwagę. Wraz z postępem schorzenia na kartach książki pojawia się drugi protagonista – lekarz, który podejmuje ryzyko przeprowadzenia na bohaterze pionierskiej operacji. Z powodzeniem lub bez.

Komu nerkę

Taki układ książki świetnie pokazuje, jaką mozolną drogę musieli przebyć chirurdzy, by opracować np. procedurę przeszczepu nerki. Jego pierwsza próba, dokonana w 1950 r.,  zakończyła się makabryczną niespodzianką. Gdy po ośmiu miesiącach od operacji ponownie otworzono pacjentkę, okazało się, że wczepiony narząd… zniknął. Później próbowano przeszczepów od bliskiej rodziny, matki, braci, wreszcie odnotowano pierwszy sukces – przyjął się przeszczep między bliźniakami jednojajowymi. Kolejnym wyzwaniem było wymyślenie, jak badać zgodność tkankową dawcy i biorcy oraz jak panować nad reakcją odrzuceniową (jednym z szalonych pomysłów, jakie testowano, było naświetlanie pacjentów po przeszczepie niezwykle silnymi dawkami promieniowania rentgenowskiego, tak by zniszczyć ich układ odpornościowy).

Komu serce

Druga część książki – historia przeszczepów serca – ma nieco inny wydźwięk. To opowieść nie tylko o dążeniu do wiedzy, ale również – jeśli nie przede wszystkim – do sławy.

Jak łatwo się domyślić, nie zdobył jej James Hardy. Boyd Rush, jego pacjent, żył z sercem szympansa tylko około godziny. Przeszczepione serce wprawdzie podjęło pracę, ale było zbyt słabe, by poradzić sobie z przetaczaniem całej krwi człowieka. Hardy próbował uregulować jego rytm, wszywając elektrody, później zaś za pomocą masażu – bezskutecznie. Rush zmarł, nie odzyskując przytomności.

W ten sposób sławę pierwszego człowieka, który żył z przeszczepionym sercem, zdobył Louis Washkansky. Był to handlarz żywnością, potomek Żydów z Kowna, którzy na początku XX wieku uciekli do Republiki Południowej Afryki. W 1967 r. umierającego Washkansky’ego operował – w Kapsztadzie, z dala od wiodących centrów naukowych – doktor Christiaan Barnard, chirurg śmiały, chorobliwie ambitny i żądny powodzenia. Trudnością okazała się nie sama operacja, ale to co nastąpiło po niej – nieustanne balansowanie między odrzuceniem przeszczepu, wymagającym tłumienia odporności, a wywołanymi przez tłumienie odporności zakażeniami.

Washkansky żył tylko dwa tygodnie, jednak drugi pacjent Barnarda już półtora roku. Nazywał się Philip Blaiberg, a jego kilkunastomiesięczna odyseja z nowym sercem na trwale wpisała się do historii medycyny. Wbrew pozorom miała dość złowieszcze skutki: powodzenie Barnarda spowodowało, że w jego ślady poszło kilkudziesięciu chirurgów na całym świecie. W latach 1968-1969 dokonano stu sześćdziesięciu przeszczepów. Statystyka okazała się druzgocząca: 60 proc. pacjentów nie dożyło trzech miesięcy, półtora roku zaś przeżył tylko jeden procent.

Serce jak na dłoni

„Pacjentów” czyta się jak inne książki Thorwalda – z wypiekami. Styl jest prosty, momentami nieco sentymentalny, ale to nie przeszkadza – wystarczy, że dojdziemy do momentu, gdy kolejny bohater trafia na stół operacyjny, a jak przy powieści przygodowej przestajemy interesować się stroną formalną; emocje zaczynają szybować. Książka przypomina, jak wiele zawdzięczamy ludziom, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, i precyzyjnie pokazuje, ile czasu, starań, wysiłku, nerwów i odwagi wymaga coś tak na pozór trywialnego jak zdobywanie nowej wiedzy. Poleciłabym ją jako lekturę lekarzom – barwnie obrazuje, jak ogromna jest ich przewaga nad pacjentem, przewaga, która jest – czy też powinna być – stałym moralnym wyzwaniem.

Jeszcze dodam tylko, że jak zwykle u Thorwalda fragmenty medyczne napisane są tak prosto i klarownie, że mogłyby stanowić wzór popularnego pisania o medycynie. Brakowało mi tylko drobiazgu – schematu serca z zaznaczonymi głównymi żyłami, tętnicami i zastawkami. Gdyby był, znacznie ułatwiłby śledzenie akcji.

Jurgen Thorwald, „Pacjenci”, Wydawnictwo Literackie, 2016

„Klasztor” Zachara Prilepina, czyli szalona sołowiecka odyseja

prilepin„Klasztor” to książka, której czytanie boli. Dosłownie. Główny bohater, Atriom Goriainow, jest więźniem okrutnego sowieckiego łagru. Jego każdy dzień to igranie z ogniem. Kiedy ma szczęście, najada się do syta, odpoczywa, nawet przeżywa miłość. W dni, w które fortuna się od Atrioma odwraca, chłopak pracuje kilkanaście godzin zanurzony w lodowatej wodzie. Zostaje pobity do nieprzytomności. Musi zakopywać zwłoki pomordowanych przyjaciół. Albo trafia w samej bieliźnie do karceru, gdzie temperatura w nocy spada do zera, a wiatr nawiewa śnieg na pryczę.

Wszystkie te nieszczęścia, stanowiące kręgosłup fabularny powieści, opisane są żywo, szczegółowo, plastycznie. Dla wrażliwych lektura staje się wyzwaniem – utożsamiamy się z Atriomem rzucanym w różne kręgi sołowieckiego piekła. Nie ma co przy tym liczyć na emocjonalny odpoczynek. W odróżnieniu od rosyjskich klasyków, do których porównuje się „Klasztor”, w tej książce chodzi o akcję. O wywoływanie mocnych emocji, niekiedy nawet – szokowanie.

Książka

Ta wielka, ponad 700-stronicowa powieść opisuje autentyczne miejsce: pierwszy sowiecki obóz pracy, założony w latach 20. XX wieku na Wyspach Sołowieckich. Więzienie mieściło się w odebranym mnichom monastyrze – stąd tytuł. Łagier sołowiecki był obozem eksperymentalnym. Władze testowały, jak zorganizować więzienie, które będzie nie tylko ośrodkiem izolacji i eksterminacji, ale również wydajnym przedsiębiorstwem. Na Sołowkach więźniowie zajmują się więc m.in. rybołówstwem, pracują w tartaku, prowadzą fermę lisów. Tworzą mikrokosmos, w którym działa teatr, wydaje się gazetę, a na rocznicę rewolucji urządza się imprezę sportową.

Brzmi to dość normalnie: nienormalne kryje się w barakach, gdzie po drobnej utarczce można zostać zamordowanym. W pracy, gdzie więźniowie są dręczeni przez dziesiętników. W karcerze, gdzie z zimna, głodu i strachu tracą rozum. Komendant obozu Eichmanis (wzorowany na postaci autentycznej – Eichmansie) nie przeciwstawia się okrucieństwu, ponieważ uważa, że to skazani sami sobie gotują piekło. Skazani tworzą zaś prawdziwą mozajkę – siedzą tu i biali, i dawni arystokraci, i pierwsi czerwonoarmiści, i chłopi, i leningradzcy poeci. Krótko mówiąc, cała Rosja.

Jeśli chodzi o tzw. głębszą wymowę, można ją sprowadzić do niezbyt odkrywczego – nie ma sprawiedliwych. Wszyscy, włącznie z Atriomem, w odpowiednich okolicznościach zdolni są do najgorszych podłości. „Klasztor” jest nasycony wielobarwnym złem (i zwariowanym szaleństwem!) do samego jądra.

Styl

Opowieść skupia się na przygodach Atrioma i ani na chwilę go nie odstępuje (pomijając wieloczłonowe zakończenie). W pewnym momencie może to znużyć, ale akcja toczy się prędko, karuzela raz wynosi Goriainowa do raju, raz zwozi do najgorszego piekła. „Klasztor” jest doskonale napisany i równie świetnie przetłumaczony – to proza pełna porównań, epitetów, plastyczna i sensualna, taka trochę literatura 3D, która oddziałuje na wiele zmysłów. Zawiera fragmenty zostające w pamięci na długo (np. o zakrętach losu, które doprowadziły do tego, że każdy z nas się urodził), oraz takie, które budzą podziw sprawnością warsztatową (np. chyba najlepszy opis męskiej masturbacji, jaki czytałam – a w tej kategorii, jak wiadomo, konkurentów jest wielu). Zaczyna się mocną sceną, która od razu przemawia do wyobraźni i pokazuje, czego się po książce spodziewać – i pozostaje mocna do samego końca.

Dla mnie lektura była przygodą, niemal do ostatnich stron. Piszę „niemal”, ponieważ pod sam koniec pojawiają się zdania – dosłownie trzy! – które w moich oczach znacząco zmniejszyły dokonanie, jakim jest „Klasztor”. Jakie to zdania? Zanim odpowiem na to pytanie, wypada wspomnieć o enfant terrible – autorze powieści.

Autor

„Klasztor”, najnowsza powieść Zachara Prilepina, trafiła na polski rynek bez fanfarów. Poświęcono jej parę krótkich recenzji. Nikt nie zrobił wywiadu z Prilepinem, promocja była więcej niż skromna. Odnotowuję te fakty bez zdziwienia: dla polskich podniebień autor „Klasztoru” jest daniem co najmniej ciężkostrawnym. Najlepszy obecnie rosyjski pisarz, filolog z wykształcenia, pracował po studiach jako milicjant, a później, jako żołnierz specnazu, odbył dwie kampanie w Czeczenii. Określa się jako nazbol (czyli zwolennik nacjonalbolszewizmu), zakamieniały wróg liberalizmu i gospodarki rynkowej – wypisz wymaluj, modelowy czarny charakter z polskiej czytanki.

Ktokolwiek zajmuje się „Klasztorem”, opatruje swoje rozważania obowiązkowym ostrzeżeniem czytelnika przed Prilepinem. Uważaj, to napisał rosyjski nacjonalista! Książka jest świetna, tylko ten autor… Wydawca nie zawahał się nawet przed umieszczeniem na okładce cytatu z recenzji, który zawiera sformułowanie, że można się z Prilepinem nie zgadzać, ale nie wypada go nie czytać. Przyznaję, że trochę mnie to nasze uwrażliwienie na rosyjską odmienność zdumiewa. Dostojewski też był potworem, a jeśli wziąć pod uwagę jego poglądy – nacjonalistą i polakożercą. Jednak jego dzieło oceniamy bez odżegnywania się od autora. Da się.

Finał

Gorzej gdy autor miesza samego siebie do powieści. A tak się dzieje na końcu „Klasztoru”. Narrator, którego można utożsamiać z Prilepinem, wypowiada wówczas znamienne zdania: „Nie przepadam za władzą sowiecką. Tylko że szczególnie nie lubi jej pewien typ ludzi, którymi z zasady się brzydzę. To mnie z nią godzi”.

No i tu powstaje problem, zonk, chciałoby się napisać. Książka to gigantyczne oskarżenie bolszewików, rozgorączkowane, rozkrzyczane, fizyczne niemal – i taka wolta na koniec? Rozumiem, że Prilepin nie kocha liberałów, to jasne, ale w rezultacie zaprzecza wymowie własnego tekstu i osłabia jego artystyczną wartość. Przynajmniej ja tak interpretowałam zakończenie – przypuszczam, że możliwe są również inne interpretacje.

I jeszcze jedno. Wywiad z Prilepinem po polsku  (z 2008 r.) można przeczytać tutaj. Zainteresowanym polecam tę lekturę – choć tekst jest zaledwie swobodnym zapisem rozmowy i nie ma polskich znaków, to jednak dobrze oddaje krajobraz mentalny i psychiczny autora „Klasztoru”, jego imaginarium – zbiór figur, które meblują mu głowę. Dla nas, Polaków, szczególnie interesujące jest odwrócenie znaczeniowe pewnych pojęć. W ustach Prilepina słowa takie patriota, słowiańska wspólnota czy rewolucja znaczą kolejno: rewolucjonista, rezygnacja z aspiracji niepodległościowych oraz karnawał, święto. Pokazuje to głębokie różnice, jakie dzielą nas i niektórych Rosjan – w zależności od nastroju, groźne lub intrygujące.

26.03.2017

Przeczytałam niedawno w Tygodniku Powszechnym, że niemiecki agent literacki Prilepina odmówił przekazywania mu honorariów za powieści sprzedawane w Niemczech, ponieważ pisarz nie kryje, że wyda te pieniądze na zorganizowanie batalionu walczącego w Donbasie z Ukraińcami. Ta informacja – więcej można przeczytać tutaj – może być istotna dla tych, którzy planują Prilepina czytać, ale przede wszystkim tych, którzy chcą go kupować.

 

 

„Rok magicznego myślenia”, czyli pamiętnik z okresu żałoby

Didion_Rok_magicznego_myslenia30 grudnia 2003 r. pisarka Joan Didion i jej mąż John wrócili do domu bardzo późno. Dyskutowali, czy zjeść kolację na mieście, czy ugotować ją samemu. W końcu zdecydowali się zostać w domu – mieli za sobą ciężki dzień. Spędzili go w szpitalu, na oddziale intensywnej terapii, gdzie trwała walka o życie ich jedynej córki Quintany. Trzydziestoparoletnia Quintana w okolicach Świąt Bożego Narodzenia paskudnie się przeziębiła. Pospolite schorzenie przerodziło się w sepsę i kobieta od kilku dni znajdowała się w stanie krytycznym.

Jej rodzice starali się zachować pozory normalności. John usiadł w fotelu, a Joan napaliła w kominku. Zrobiła mężowi drinka i zajęła się przygotowywaniem sałatki. On przeglądał książkę historyczną, wymieniali luźne uwagi. Nie mówili o tym, co czuli – przygnębieniu, stresie, lęku o córkę.

W pewnej chwili John umilkł. Gdy Joan zerknęła na niego, przechodził ciężki zawał serca. Natychmiast wezwała pomoc, pogotowie zjawiło się błyskawicznie. Mimo to Johna nie udało się uratować.

Magiczny rok

Dziewięć miesięcy później Joan Didion zaczęła pisać „Rok magicznego myślenia”. To szczegółowy opis wszystkiego, co się działo z nią od chwili, gdy zmarł jej mąż. Didion relacjonuje drobiazgowo, co robiła w noc z 30 na 31 grudnia, i co nastąpiło później – jak przeżywała żałobę i jak jednocześnie z determinacją walczyła o życie i zdrowie córki. Wątek Quintany przypomina thriller medyczny – pierwszoosobowa relacja i naukowa terminologia powodują, że fragmenty te czytamy z wypiekami i bardzo szybko. Później tempo zwalnia i nadchodzi czas na refleksje.

John Dunne, mąż Joan, był, jak ona, uznanym pisarzem. Ich małżeństwo trwało ponad czterdzieści lat. Większość tego czasu spędzili razem, oboje pracowali w domu. Wiedli szczęśliwe i wygodne życie: gdy raz w młodości dotknęły ich troski finansowe, wyjechali na miesiąc na Hawaje, licząc, że przez ten czas wszystko się ułoży. I faktycznie tak się stało. Obracali się w sferach intelektualistów i ludzi wpływowych. Joan twierdzi, że gdyby jej córka wpadła w tarapaty podczas wyprawy do któregoś z krajów Trzeciego Świata, wystarczyłoby jej kilka telefonów, by zorganizować amerykański helikopter, który wyratowałby Quintanę z opresji. To poczucie kontroli nad rzeczywistością rozwiało się dopiero po chorobie Quintany i nagłej śmierci Johna.

Fałszywa ułuda nieśmiertelności

Doświadczenia Joan po stracie wydadzą się znajome wszystkim, na których nagle spadła żałoba. Niemożliwość pogodzenia się z nieuchronnym wyraża się głębokim przekonaniem, że zmarły wróci. Przekonanie to jest obsesyjne i między innymi nie pozwala pozbyć się jego rzeczy. Joan rok po śmierci Johna nadal ma jego buty, bo  – „gdy wróci” – mogą mu się przydać. Mówi, że wiele razy doświadcza ogarniającego ją wiru. Maniakalnie analizuje minuta po minucie moment śmierci Johna, zastanawiając się, jak mogłaby jej zapobiec, i domaga się przeprowadzenia sekcji zwłok męża, by dowiedzieć się, co dokładnie zawiodło w jego organizmie. Jest przekonana, że rzeczywistość da się opanować za pomocą inteligencji, dlatego studiuje artykuły naukowe na temat żałoby i stara się opisać swój stan za pomocą języka naukowego.

A jednak najcelniejsze wskazówki znajduje nie w pracach naukowych, ale w podręczniku dobrego wychowania z lat 20. XX wieku. Zawiera on cały rozdział dotyczący żałoby, wyjaśniający, jak w tym okresie powinna zachowywać się osoba rozpaczająca po stracie, oraz jakie są powinności innych żałobników. Ten staroświecki tekst okazuje się zaskakująco aktualny i zgodny ze współczesną wiedzą naukową. Po powrocie z pogrzebu żałobnikom należy podać ciepły rosół, ponieważ są wychłodzeni. Nie należy ich pytać, czy tego chcą, czy nie, ponieważ nie będą umieli podjąć decyzji.

Śmierć jako etap życia

Ten fragment książki dał mi najwięcej do myślenia. Wiedza zawarta w przywołanym przez Didion podręczniku pochodzi z czasów, gdy żałoba nie była niczym nadzwyczajnym, ale normalnym etapem życia. Stanowiło to odbicie faktu, że śmierć nie została usunięta poza granice świadomości – nie stanowiła tabu, ale zwyczajne zakończenie życia, ostatnią jego część. Didion momentami zaś pisze tak, jakby sam fakt istnienia śmierci nią wstrząsnął; jakby nigdy nie przeszło jej przez myśl, że ani ona, ani jej bliscy nie są nieśmiertelni. Jest w tym pewna dziecinność budząca zażenowanie – choć oczywiście nie dotyczy ono tylko „Roku magicznego myślenia”, ale współczesnej kultury, której ta książka stanowi przykład.

W świecie, w którym żyję, żałoba jako taka nie istnieje. Oczywiście ludzie umierają – teraz to pokolenie dziadków, a coraz częściej rodziców moich znajomych – jednak nie przypominam sobie przypadku, by ktoś z tego powodu ubierał się na czarno. Jedno-, dwudniowa nieobecność w pracy to maksimum tego, na co sobie pozwalamy. Później zaś postępujemy tak, jakby nic się nie zmieniło. By nie psuć innym humoru – czyli by nie zachować się niekulturalnie – nie nosimy żałoby, nie manifestujemy smutku, nie domagamy się specjalnego traktowania. Śmierć się nie zdarzyła, w naszym świecie śmierci nie ma. Trudno się dziwić, że gdy strata dotknie nas dopiero – jak Joan Didion – w późniejszym wieku, reagujemy histerycznie. Naiwnie dziwimy się swojemu nieszczęściu, i nieświadomie pragniemy, by oszczędzono nam tego, czego nieuchronność wiek wcześniej wszyscy – od najmłodszych do najstarszych – rozumieli i akceptowali.

Być może zatem nasz stosunek do śmierci stanowi dowód cofnięcia się naszej kultury, a tym samym nas samych, w cywilizacyjnym rozwoju.

Do refleksji

Jak widać, „Rok magicznego myślenia” to książka zarazem skłaniająca do refleksji, ale i irytująca. Zabrakło w niej głębszej analizy żałoby – nie tylko stanów emocjonalnych, opisanych tu dokładnie, ale i zmagań intelektualnych, które są charakterystycznym (co wiem z doświadczenia) elementem tego okresu. Nie jest również zbyt przyjazna w czytaniu – by ją pogrubić, wydawca zdecydował się na czcionkę wielką jak krowie placki, w efekcie czego po zajrzeniu do środka odnosi się wrażenie, że mamy do czynienia z lekturą dla pięcioklasistów. Osobna sprawa to okładka, stanowiąca kolejny dowód udziecinnienia tematu. Tego rodzaju ilustrację z nasionami dmuchawca widzę oczami duszy na dowolnej powieści Lucy Mont-Montgomery.

Nie zaryzykuję stwierdzenia, że lektura „Roku magicznego myślenia” pomoże uporać się z bólem komuś cierpiącemu po stracie. Może jednak pomóc poczuć coś, czego nie zawsze doświadczamy w codziennym życiu – że nie jesteś, człowieku, ze swoją tragedią sam.

„Rok magicznego myślenia”, Joan Didion, Znak litera nova

„Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”, czyli wiele hałasu o coś

MurekZbiór opowiadań debiutantki Weroniki Murek wabił mnie od dawna pięknym tytułem. Zainteresowanie potęgowały sprzeczne opinie krążące na jego temat: jedni wypowiadali się o książce z zachwytem, chwaląc aforystyczny język i wyobraźnię autorki, inni przyznawali bez wstydu, z mieszczańską ostentacją, że nie zdołali doczytać „tego” do końca. Tak duża rozbieżność opinii, wahających się od „debiutu roku” po „grafomanię”, zapowiadała czytelniczą przygodę. Gdy nadarzyła się okazja, ochoczo wzięłam w niej udział.

Co Miczurin ma w środku

Na nieduży tomik z intrygującą okładką składa się osiem czy dziewięć opowiadań. Otwierające ma kilkadziesiąt stron, trzy końcowe tylko po kilka. Opisywanie, o czym są opowiadania, mija się z celem – od fabuły ważniejsze są tu obrazy i dialogi. Choć każdy z tekstów ma swoich bohaterów, akcję, która rozgrywa się w mniej lub bardziej konkretnym miejscu, wszystkie tematy przysłania to, co dzieje się na poziomie języka.

Wyjątkowo silny rytm wydawał mi się niekiedy głównym bohaterem tej prozy. Długie wymiany na pozór prostych zdań odsyłają czytelnika w rejony niecodzienne: w świat magiczny, nadrealny, gdzie krążą postacie z jednej strony znajome, z drugiej fantastyczne. Sklepikarze, przedszkolanki, chorzy na umyśle, umarli między żywymi, Matka Boska i straszący pod łóżkiem Jezusek zaludniają dziwną, oniryczną krainę, która zostaje wszyta, niczym podszewka, pod naszą rzeczywistość. Czytając mamy poczucie stykania się z czymś znajomym, a jednocześnie obco dziwacznym – nasze przyzwyczajenia i gust czytelniczy zostaną wystawione na próbę.

Wady i zalety Miczurina

Mnie, mieszczce z ambicjami, „Uprawy…” czytało się wolno i z pewnym wysiłkiem. Jak to zwykle bywa ze zbiorami opowiadań – jedne bardzo mi się podobały, innych nie czułam do tego stopnia, że porzucałam w połowie. Największe wrażenie zrobił na mnie tekst zatytułowany „Siwy koń w plamy kare”. Napisany czysto i błyskotliwie, bez drażniącej maniery jednolitego rytmu i udziwnionych dialogów, psychologicznie głęboki, doskonale wyważony wybija się ponad pozostałe opowiadania. Dopiero po nim pojęłam, że widoczne wcześniej mankamenty zbiorku są efektem nie tyle braku talentu autorki, ile chyba jego nadmiaru, i że Murek najwyraźniej dopiero uczy się, jak ten nadmiar obsługiwać.

Jej opowiadania mają też inne, specjalne zalety. Jest to debiut kobiecy, co nie zdarza się często, szczególnie że nie mamy do czynienia z fantasy, wydrukowanym blogiem lub książką świąteczno-familijną („I znów spadł gęsty biały puch i otulił niewielki domek Kasi i Piotra”). Autorka nie jest również np. skandalizującą licealistką, która opisuje bohaterkę uprawiającą seks z dziesięcioma poznanymi w internecie starszymi mężczyznami. Innymi słowy, Murek nie idzie na łatwiznę, co mogłoby ułatwić jej wydanie tekstu; ciekawa jestem, w jakim kierunku rozwinie się jej twórczość.

Na marginesie

W jednym z niedawnych numerów „Polityki” natrafiłam na dwie intrygujące opinie. Młody naukowiec, semiotyk z UW badający „zjawiska kultury pełniące funkcje mitów”, przyznaje bez zażenowania, że konsumuje słowo pisane inaczej niż starsze pokolenie – nie jest już w stanie skupić się w pełni na trudnym tekście filozoficznym i przeczytać go od początku do końca poświęciwszy się tylko jemu. Ledwie kilka stron wcześniej znany literaturoznawca zauważa, że książka papierowa, zaspokajająca potrzebę opowieści, a nie tylko informacji, jako jedyna oparła się inwazji nowych mediów. Literaturoznawca wyraża nadzieję, że książka drukowana stanie się w najbliższej przyszłości zobowiązaniem inteligenckim – będzie wypadało nie tylko ją przeczytać, ale również posiadać.

Te dwie wypowiedzi są zaskakująco sprzeczne. Aż się prosi zajrzeć do szklanej kuli: czy świat przyszłości zostanie zapełniony przez semiotyków czy literaturoznawców?

Debiut Murek przechyla futurologiczną szalę na stronę literaturoznawcy. Daje nadzieję, że przypadek semiotyka jest jedynie przykładem przejściowego stanu, w jakim znalazło się pokolenie dorastające równocześnie z internetem – stanu zachłyśnięcia łatwością zdobycia informacji. Cóż, zdobyć informację nie znaczy ją zatrzymać, a móc dowiedzieć się wszystkiego bardzo często jest równoznaczne z ciągle nie wiedzieć nic. Osobiście marzę, że popyt na opowieści, krótkie czy długie, będzie rósł – wraz z głodem czytania, nałogiem posiadania i odradzającą się właśnie modą na – a jakże! – kluby czytelnicze.

Weronika Murek, „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”, Czarne 2015 r.