Archiwum

Archiwum dla Kwiecień 2011

Cud pod Lepanto

Kwiecień 22, 2011 1 komentarz

„Umieszczony nad ołtarzem wizerunek Ukrzyżowanego znajdował się w 1571 r. na pokładzie flagowego okręt Don Juana de Austria. Ponoć widziano, jak figura zrobiła unik przed tureckim pociskiem armatnim i stąd jej nieco dziwna poza”. Barcelona, Przewodnik National Geographic, Katedra (La Seu)

***

Rozważmy stół. To oczywiste: drewno, z którego stolarz wykonał stół, staje się stołem. Ma kształt stołu i spełnia jego funkcje. Siadając przy stole nikt nie powie: wygodne drewno. Powie: wygodny stół.

Rozważmy malowaną różę. Farba, której użył malarz, nigdy nie zmieni się w kwiat. Ktoś, kto stanie przed obrazem, może powiedzieć: piękna róża. Jednak gdy wyciągnie rękę i dotknie różanego płatka, poczuje chropowatość farby, nie gładkość rośliny.

A teraz rozważmy mnie.

***
Ten bękart, Juan de Austria, nie znał się na sztuce. Kiedy zobaczył mnie w pracowni mistrza, powiedział: „Ten”. I to wszystko. Nie docenił ani kunsztownej rzeźbiarskiej roboty, ani starannie dobranych barw, ani jednej w swoim rodzaju symetrii, która wyznaczała kształty mojego ciała. Nie docenił kątów prostych, którym mnie przypisano, i słońca z pozłacanymi promieniami, które umieszczono nad moją głową. Jak mógł docenić, skoro się nie znał? „Ten”. I już zakryto mnie płótnem, już niesiono przez wąskie uliczki, do portu.

Na nabrzeżu stały galery. Rzędy podniesionych wioseł wydawały mi się strażą pełniącą honorową wartę na moją cześć, a strzelające w górę maszty pieściły mój wzrok wspaniałą linią prostą. Marynarze na mój widok podnosili ręce do czoła, ramion i serca, majtkowie klękali.

Odprawiono mszę, mnie poświecono, bękartowi życzono zwycięstwa i wśród okrzyków i modlitw wyruszyliśmy. Płynęliśmy na wschód, co bardzo mi się podobało, bo codziennie rano to ja pierwszy czułem na sobie ciepło promieni słonecznych. Nasza eskadra powiększała się z każdym dniem. Dołączały do nas galery i galeasy, a ich dowódcy przybywali na pokład pokłonić się cesarskiemu bękartowi. De Austria wskazywał na mnie. „On da nam zwycięstwo”. Kiwali głowami, żegnali się pobożnie. Widziałem w ich oczach nadzieję, ale nie zdawałem sobie sprawy, że to wszystko ma coś wspólnego ze mną – materialnym, drewnianym. Oczywiście wiedziałem, że ma to wiele wspólnego z Nim.

Wkrótce było nas już tak wiele, że zakryliśmy sobą horyzont. Po wieki wieków, nigdy jeszcze chrześcijański świat nie zgromadził tak wspaniałej floty! Nigdy jeszcze tylu świetnych marynarzy nie oddało się pod komendę jednego dowódcy! Wiedziałem, że płyniemy na bitwę, ale – co tam bitwa! W moim pojęciu była tylko po to, byśmy mogli zwyciężyć. Myślałem tak do ostatniej chwili, do samego październikowego poranka Anno Domini 1571.

Czytaj dalej…

“Co widział pies” – jeszcze więcej Gladwella

Kwiecień 20, 2011 2 uwag

Ciekawość nie ma w naszej kulturze wysokich notowań. Nie pchaj palca między drzwi, nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy, ciekawość to pierwszy stopień do piekła… Dopiero niedawno ta cecha zyskała lepszą prasę – dzięki nowomodnym trenerom ducha, którzy na smutki i zgryzoty codziennego dnia zalecają dziecięce (koniecznie!) zaciekawienie światem.

Najnowsza wydana w Polsce książka Malcolma Gladwella “Co widział pies” dowodzi, jak potężną siłą jest ciekawość. Nie ta naiwna, dziecinna, ale jak najbardziej dorosła, wymagająca i uparta. „Co widział pies” to zbiór artykułów Gladwella z tygodnika “The New Yorker” z ostatnich piętnastu lat. Autor stosuje w nich pisarskie metody znane doskonale z “Poza schematem” czy “Błysku” – analizuje, docieka, pyta i błyskotliwie odpowiada. Bada np. telewizyjną sprzedaż urządzeń kuchennych, tresowanie psów, łączy w jednym artykule bombardowania Iraku z mammografią albo historie o seryjnych mordercach z plagiatami. Ciekawość po prostu go rozpiera, nie ma dla niego spraw nudnych, są tylko niezbadane.

Dobrze się czyta? Jasne! Jak zwykle w przypadku Gladwella, od książki trudno się oderwać. Podziw budzi włożona w poszczególne teksty dziennikarska praca oraz objętość artykułów (policzyłam: mają nawet po 30 i 40 tys. znaków, znamienne o tyle, że np. w Polsce rzecz tej wielkości nie miałaby się gdzie ukazać). Zupełnie nie przeszkadza, że niektóre fragmenty „Psa…” pochodzą sprzed dekady – mimo szmatu czasu pozostają nowatorskie i wciągające.

Podsumowując: imponująca książka. Pokazuje, że nie ma tematów banalnych, tylko nieprzemyślane. No i – na Boga! – dowodzi, że bez prasy papierowej skazujemy się na intelektualne ubóstwo. Z taką, a nie inną metodą pracy bez papieru Gladwell by nie istniał.

“Co widział pies i inne przygody” Malcolm Gladwell, Znak 2011

Wiosenna odyseja Susła Snu – część 3

Kwiecień 15, 2011 Dodaj komentarz

Suseł Snu i Żubr Matuzalem wędrowali wokół Matecznika w poszukiwaniu Wejścia od Zaplecza. Las się zielenił, słoneczko przypiekało, muszki brzęczały przyjaźnie. Ssaki zacieśniały więzi.

- No powiedz, panie żubrze, czemu uciekłeś z Białowieży? – zagadnął po raz setny suseł. – Miałeś tam wikt i opierunek.
– Nie samą trawą żubr żyje – odpowiedział żubr.
– Brak oferty kulturalnej?
– Dziękuję, turystów oglądałem na kopy.
– Indoktrynacja? Narzucanie światopoglądu materialistycznego?
– W paśniku ulotek nie było…
– To może chcieli klonować?
– No co ty, waszeć. Ja już stary jestem.
Suseł zastanowił się, ale nic więcej nie przyszło mu do głowy.
– No to dlaczego? Panie żubrze, dlaczego wybrałeś wolność?
Żubr szedł długą chwilę w milczeniu. Wreszcie popatrzył na susła.
– Obrączkują – powiedział cicho.
– Aj – jęknął współczująco Suseł Snu. – To przykre, ale…
– Co?
– No, obrączkują, czyli im zależy.
– Waszeć nic nie pojmujesz – stęknął Żubr. – Ja od urodzenia jestem kawalerem.

cdn.

“Proch i Pył” – trafiony, zakupiony

Kwiecień 14, 2011 Dodaj komentarz

To było długie, bezkrwawe polowanie. Myśliwym byłam ja, zwierzyną – książka w miękkich okładkach, wydana w 1996 roku w skromnym nakładzie 8 tysięcy egzemplarzy.

O istnieniu “Prochu i Pyłu”, piątej części „Dzieci Arbatu” Anatolija Rybakowa, dowiedziałam się przypadkiem. Po przeczytaniu „Strachu”, czwartego tomu tej monumentalnej powieści, wrzuciłam nazwisko autora do wyszukiwarki – i nagle odkryłam, że jedna z moich ulubionych książek ma ciąg dalszy. Zwierz, jak poprzednie tomy, został opublikowany przez Iskry. Uszczęśliwiona zajrzałam na Allegro, niestety, książki, którą chciałam kupić – natychmiast, już! – nie było. A kiedy się pojawiała, osiągała zawrotne sumy.

„Dzieci Arbatu” to historia Saszy Pankratowa, komsomolca, który za błahostkę zostaje wyrzucony ze studiów i skazany na kilkuletnie zesłanie. Z jego losem przeplatają się losy młodych Rosjan wkraczających w dorosłość w latach 30. XX wieku – studentów, inżynierów, krytyków literackich. W tle – Stalin umacniający dyktaturę. W żadnej innej książce nie czytałam bardziej przenikliwego, przerażającego i fascynującego portretu przywódcy ZSRR.

Uwielbiam literaturę rosyjską, te grube, ciężkie powieści, napisane tak, że na tysiącu stron trudno znaleźć choćby jedno zbędne zdanie. „Dzieci Arbatu” są właśnie takie, odkrywcze i autentyczne w każdym obrazie, każdym dialogu.

Książka, wieloletni półkownik w ZSRR, wyszła u nas na początku lat 90. Pierwsze dwa tomy miały nakład 400 tysięcy! Trzeci – „Trzydziesty piąty i później” – 100 tysięcy. Czwarty – wspomniany „Strach” – 30… Ten tom też bardzo trudno już znaleźć.

Zaczaiłam się i czekałam. Kiedy zorientowałam się, że przyjdzie mi wydać co najmniej 100 złotych, zaczęłam wybrzydzać. Zwierz miał być nowy i bez skazy. Jestem jednak myśliwym amatorem – nawet gdy spostrzegłam, że poluję w gromadzie, nie poprawiło to mojego refleksu. Udział w licytacjach przyniósł kilka upokarzających klęsk. Szczęście uśmiechnęło się do mnie po dwóch latach szukania – dwa tygodnie temu zalogowałam się na Allegro 25 minut po tym, jak pewien antykwariat wystawił mojego zwierza do sprzedaży. Trach! I kupiony!

A teraz prośba – szukam informacji o okolicznościach powstania zdobytej przeze mnie książki. Interesuje mnie, dlaczego część wątków została jakby porzucona, choć powieść ma poprawne, pełne zakończenie. Jednocześnie pamiętam, że słyszałam kiedyś, iż Rybakow miał dociągnąć historię do 1956 roku. Dlaczego więc zakończył opowieść w roku 1942? Niestety Wikipedia mi nie pomogła, a rosyjskiego nie znam.  Gdyby ktoś wiedział coś na ten temat, będę wdzięczna za pomoc.

Bardzo jestem dumna z obrazka poniżej. Jak mawia moja koleżanka z pracy – pełny komplet.

Wiosenna odyseja Susła Snu – część 2

Kwiecień 5, 2011 Dodaj komentarz

Suseł Snu wędrował przez Głębiny Boru. Czym bardziej robiło się ciemno i do domu daleko, tym bliżej był celu. W końcu wyrosły przed nim przedwieczne dęby, wrota Matecznika. Między nimi stała elektroniczna bramka.

- HAL? – zapytał Suseł Snu, widząc czerwone światełko fotokomórki.
– Bilecik! – zażądała bramka.
– Ja służbowo – spróbował suseł.
– Bilecik! – powtórzyła bramka.
– Protestuję… – zaczął suseł, ale nie dokończył, bo jednocześnie rozległo się znajome “Bilecik!” oraz nieznajome, basowo-dęte:
– Ho, ho, ho.
Suseł odwrócił się, podskoczył, a potem przypadł do ziemi.
Przed nim, a właściwie nad nim, rozpościerał się Żubr Matuzalem, włochaty i omszały.
– Ojojoj – pisnął przerażony Suseł, zaciskając powieki i nakrywając się łapkami.
– Ktoś ty? – dobiegło z wysoka.
– Suseł…
– De domo?
– Hę? – Suseł odsunął łapkę i otworzył jedno oko.
– Suslicus, citellus czy może undulatus? Bo że spermophilus, to sam widzę, ho, ho, ho.
– Suseł zwykły polny – odrzekł Suseł Snu z godnością. – A pan?
– Bison bonasus! – huknął Żubr Matuzalem. – Do usług waszmości spermophilusa… Ho, ho, ho!
“Śmieje się ze mnie” – uświadomił sobie suseł.
– Pan żubr co tu robi? – zapytał. – Przecież tu nie mieszka?
Żubr Matuzalem umilkł.
– Skąd się właściwie pan żubr tu wziął? – indagował suseł.
Żubr spochmurniał. Opuścił powoli włochaty łeb i za chwilę przed nosem Susła Snu pojawiły się smutne żubrze oczy. Patrzyli na siebie w milczeniu, aż nagle suseł uderzył się łapką w czoło.
– Z Białowieży?! – zapytał cicho. – Uchodźca?!

cdn.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.