Nieudana “Warszawa kobiet”
„Warszawa kobiet” z Biblioteki „Polityki” miała przypomnieć postaci najbardziej zasłużonych i zarazem najciekawszych warszawianek. Pań, które dziesiątki i setki lat temu fundowały w stolicy klasztory i pałace, zakładały kółka samokształceniowe, towarzystwa oświatowe, sklepy, występowały na scenach i estradach. Żeby nie było, że w Warszawie to tylko Zygmunt i powstańcy… Nobliwy zamiar, który w życie wcieliła Sylwia Chutnik, pisarka i przewodniczka po Warszawie w jednym.
Książka składa się z opisów spacerów po dzielnicach miasta, przetykanych krótkimi sylwetkami wybranych bohaterek. Gdyby tylko ograniczono się do tych drugich! Niestety, gros przewodnika to spacery, które sprawiają wrażenie spisanych z taśmy i puszczonych „na żywca” do druku. Efekt? Na pięknych, grubych i śliskich kartach roi się od zdań typu: „Historia właścicieli pałacu jest skomplikowana, jak to zwykle bywa z losami starych budynków”; „Aleje Ujazdowskie na całej swojej długości miały poustawianych 28 kaplic”; „Budynek ten jest pełen nawiązań nie tylko do wody, ale przede wszystkim do wyrytego na fasadzie swoistego motta…”; „Zmarła na raka, chociaż od lat zmagała się też z chorobą alkoholową”.
I śmieszno, i straszno. Co z tego, że informacje są ciekawe, skoro tekst miejscami ma poziom szkolnego wypracowania i nie nadaje się do czytania?
Nie wiem, co się nie udało i dlaczego. Autorka wspomina we wstępie, że miała mało czasu i książkę traktuje jako preludium do dalszych badań. Takie usprawiedliwienie jest dobre, jeśli obdarowujemy innych swoją twórczością. Jeśli jednak zabieramy się za jej sprzedawanie – nie wystarcza. Szlachectwo zobowiązuje, nie tylko arystokrację, ale również poważne wydawnictwa i nagradzanych prestiżowymi nagrodami pisarzy. Nie godzi im się wydawać książek niedokończonych. Nawet jeśli terminy gonią i mogą przepaść grandy, jakie zdobyło się na przygotowanie publikacji.
„Warszawa kobiet”, Sylwia Chutnik, Polityka SP, 2011
PS. O gustach się nie dyskutuje, dlatego o stronie graficznej wolę opowiedzieć oddzielnie. A właściwie ją pokazać. Tak wygląda wstęp:
A tak kolejne strony – tekst polski został wydrukowany cienką czarną czcionką, a angielski (książka jest dwujęzyczna), grubą niebieską…


Strona graficzna jest gorzej niż straszna. Przeglądałem toto wczoraj w Saloniku RUCHu zwabiony nazwiskiem autorki na okładce i odłożyłem, nie sprawdzając ceny. Nawet za darmo bym nie wziął tego wydawnictwa.
Ja skorzystałam z Merlina i po otworzeniu paczuszki zdziwiłam się po raz pierwszy. A potem zaczęłam czytać i zdziwiłam się po raz drugi. Obiecałam sobie, że nigdy nie będę kupować książek w dniu premiery, kiedy nie ma jeszcze opinii i komentarzy “niezależnych”
.